Wojtek – żeglarz polarny.  Morze Arktyczne 15.07 – 05.08  2010r.

Wojtek – żeglarz polarny. Morze Arktyczne 15.07 – 05.08 2010r.

Z pamiętnika Wojtka Pasiecznego.
Na pokładzie śpiew załogi:

Jesteśmy żeglarze, dzielni żeglarze,12

osmalone wiatrem mamy twarze.

Trzy warstwy polarów, łapawice,

nie straszne nam sztormy, burze nawałnice.

Istotnie, nie są nam straszne sztormy, burze nawałnice, gdy płynie się pod czujnym okiem NASZEGO KAPITANA Waldemara Waszczyka, w załodze przez Niego dobranej.

Gdy znajomi i koledzy pytali mnie, dokąd płynę w tym roku, dumnie odpowiadałem na Spitzbergen i pod Biegun Północny. Gdy pytali, po co latem pchać się w zimno, odpowiadałem, aby zrealizować kolejne żeglarskie marzenie, sprzed 3 lat. Dwa razy opłynąłem przylądek Horn. Byłem na Antarktydzie, dwa razy na Grenlandii i to nie tam, gdzie wszyscy pływają, ale w Scoresbisudzie w Itoquortomittu, podziwiałem przepiękne góry lodowe i chciałem zobaczyć najdalej na północ wysunięty pomnik Lenina.

A zaczęło się tak;

Jest marzec 2007 roku. Na spotkaniu Bractwa Kaphornowców przez przypadek siedzę przy stole w pobliżu nieznanego mi mężczyzny, który opowiada, że organizuje rejs na Antarktydę.

III NAGRODA HONOROWA Telewizji Polskiej "REJS ROKU 2008", za niezwykle trudny rejs po wodach Oceanu Południowego.
III NAGRODA HONOROWA Telewizji Polskiej „REJS ROKU 2008”, za niezwykle trudny rejs po wodach Oceanu Południowego.

Tak się poznaliśmy. To był właśnie kapitan Waldemar Waszczyk. Mimo, że mnie nie znał, po zapoznaniu się z moim żeglarskim stażem, zabrał mnie do załogi. W styczniu 2008 r. już po opłynięciu na s/y Bona Terra Przylądka Horn i pobycie na stacji PAN im. Arctowskiego na Antarktydzie, gdy świętowaliśmy zakończenie rejsu, udało mi się zaszczepić u Kapitana myśl o rejsie na Spitzbergen. To było moje niespełnione marzenie od 2007 roku.

 

 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

Po licznych przygotowaniach i zaangażowaniu wielu osób, 15 lipca 2010 r. 16 osób załogi spotykało się na jachcie s/y Gedania w Tromso (Norwegia). Oprócz nas, jest jeszcze Wojtek – bosman, stały członek załogi. Po zamustrowaniu załogi i zaształowaniu stosu żywności przywiezionej z Polski, 16 lipca po uzupełnieniu zapasu wody ruszamy na północ. Cel – Spitzbergen i jak najbliżej Bieguna Północnego.

Rejs przebiega w zmiennych warunkach pogodowych. Początek rejsu i jest PREZES, który jako pierwszy oddaje zawartość żołądka do oceanu. Robi to z uśmiechem na twarzy, po czym wraca do kambuza – ma właśnie wachtę kambuzową. To Jacek – neofita, do tej pory pływał tylko wielkimi wycieczkowcami, na który my żeglarze patrzymy z lekką pogardą. Co to za przyjemność pływać szyć, co się nie buja na falach. Stewardzi serwują 4 posiłki dziennie, do tego różne napitki. Czysta pościel w koi, prysznic, ile dusza zapragnie. Nie lepiej tydzień, dwa bez prysznica, za który służą dziecięce chusteczki, a fala zalewa pokład i kokpit i jedynym marzeniem jest, aby po wachcie śpiwór był suchy, wślizgnąć się do niego i przespać kilak godzin bez podrywania jako podwachta. Następnego dnia, przy słonecznej pogodzie, Kapitan przyjmuje go do grona braci żeglarskiej, wręcza czekoladę i dyplom ORNITOLOGA ZIMNYCH MÓRZ PÓŁNOCY z dopiskiem „Żeglarzu nie męcz pawia, puść ptaka”. Jacek nie wie, co go jeszcze czeka, a już wkrótce, przy pierwszym sztormie choruje okrutnie. Coś nawet mówi o śmierci i ewentualnym oddaniu treści żołądka do moich wysokich i potężnych butów żeglarskich, specjalnie szytych na wyprawę na Antarktydę. DLA ratowania butów spiesznie niosę mu wiadro. Tak spiesznie, że pośliznąłem się na schodach i golenią lewej dolnej kończyny uderzam się boleśnie. Boli okrutnie. Obmacuję nogę – chyba cała. Zimny okład i opatrunek żelowy Jarka uśmierza ból. Na szczęście dzień następny przynosi osłabienie siły wiatru i Jacek znowu jest w dobrej kondycji i buszuje w kambuzie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Kiedy noc nadchodzi, noc nadchodzi,

Słońce dalej świeci, nie zachodzi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Zaoczymy Svalbrad, białe misie młode.

 

08Płyniemy, dalej. Słońce nie zachodzi, nie ma nocy. Stajemy w dryfie przy Wyspie Niedźwiedziej, łowimy dorsze i dalej w drogę. Jest coraz chłodniej. Przez telefon satelitarny łączę się z krajem. Powiadają, że w Warszawie potężne upały, 36 stopni C. Odpowiadam, że u nas też 36 stopni, tyle że Fahrenheita. Na szczęście na s/y Gedanii steruje się w zabudowanym mostku, a nie w kokpicie, więc jest całkiem ciepło i miło – od 10 do kilkunastu stopni C.

Kiedy nasza wachta, wachta nadchodzi,

wkładam ciepłe gacie, zimno mi nie grozi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Zaoczymy Svalbrad, białe misie młode.

 

Z tym ciepłem to trochę przesadzam. Jako największy zmarzlak na pokładzie, mam na sobie dwie pary kalesonów, w tym jedne Małachowskiego (ale cieplutkie) i spodnie polarowe. Czasami coś jeszcze. Od pasa w górę mam dwie koszulki termoaktywne (w tym jedna Małachowskiego), cienki polar, sweter z windstoperem i gruby polar, czasami coś jeszcze. Jest mi ciepło.

04

20 lipca wpływamy do Hornsundu. Stajemy na kotwicy i przez radio Kapitan łączy się z Polską Stacją Polarną. Nie możemy zejść na ląd, ponieważ znaleziono rannego misia, więc przylatują Norwegowie prowadzić śledztwo. Słyszymy rozmowę przez radiostację.

Ruszamy więc dalej i 21 lipca cumujemy przy pomoście w Longyearbyen. Kapitan załatwia resztę formalności u Gubernatora, pożycza starego poniemieckiego mauzera i ruszamy dalej w stronę Bieguna Północnego. Naszej wyprawie towarzyszą delfiny, wieloryby, morsy i maskonury. W dobrych nastrojach przekraczamy 80 równoleżnik. To już jest coś. Skończyła się mapa cyfrowa. Teraz płyniemy tylko na papierowej. A gdyby tak udało się popłynąć za 81?. 00Niestety docieramy do szerokości geograficznej 80 stopni 41 minut, do zwartego paku lodowego. Dalej nawet kajak by się nie prześlizgnął. Artur z masztu robi zdjęcie Gedanii przy lodzie. Ma założony obiektyw „rybie oko” i teraz widać, że Ziemia naprawdę jest okrągła. Jest oczywiście toast za osiągnięcie i w tył na lewo w drogę powrotną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPodczas tego rejsu odwiedzamy Ny Alesund, gdzie dwa renifery prawie jadły nam z ręki, Barentsburg i Pyramiden – dwie rosyjskie osady górnicze. Pierwsza jeszcze pracuje, druga opuszczona, a w niej tylko 8 Rosjan. W dalszej kolejności Longyearbyen i Polską Stację Arktyczną.

Obie miejscowości rosyjskie robią przygnębiające wrażenie. Tutaj czas zatrzymał się na latach 50-tych. Są również pomniki Lenina. Najdalej na północ wysunięty pomnik Lenina i gwiazda wysoko w górze na skale z napisem Miru Mir. W Pyramiden na zdewastowanym fortepianie gram koncert – koncert na najdalej na północ znajdującym się fortepianie. Podpływamy też pod czoła kilku lodowców, desant pontonowy pobiera próbki wody i osadu dla naszych naukowców.

 

09Nasza stacja polarna jest niezwykle skromna, ale ma wszystko co jest potrzebne do funkcjonowania, nawet własną oczyszczalnię ścieków. Kierownik stacji organizuje nam wycieczkę na pobliski lodowiec oraz w okolice stacji. Lodowiec robi niesamowite wrażenie. Pełno w nim szczelin. A tuż nad wodą jaskinia, okrzyknięta mianem tawerny. Na przylądku Wilczka podziwiamy krzyż i domek policjanta. Dawniej, w strasznej ciasnocie, w prymitywnych warunkach norweski policjant strzegł Spitzbergenu przed zakusami komunizmu.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Po krótkiej wizycie w dalszą drogę. Ponieważ wieje dobrze, a mamy jeszcze czas, Kapitan kieruje jacht kursem na wschód w celu opłynięcia Nordakappu. Przylądek mijamy lewą burtą i cumujemy w Honingswag.

I niech ktoś powie, że pieniążek rzucony za siebie nie sprawia, że wraca się w to samo miejsce. W lutym 2009 roku samochodami dojechałem na Nordkapp (był też Jacek, Artur, Jurek i Kapitan). W czerwcu tego roku na s/y Panorama opłynąłem Nordkapp. Byłem na przylądku i tam wrzuciłem za siebie pieniążek (nie pamiętam czy polski, czy norweski) i w sierpniu tego roku ponownie byłem w tym samym miejscu.

Po drodze do Tromso namawiam Kapitana, aby zboczyć w miejsce, gdzie na skałach leży Murmańsk – pancernik rosyjski. To ostatnia chwila, wokół sypią groblę, zrobią suchy dok i pancernik zostanie pocięty. Kapitan wyraża zgodę i oglądamy marny koniec radzieckiego olbrzyma.

Rejs kończymy w Tromso.

Przepłynęliśmy ponad 2000 Mn. 355 godzin żeglugi i spełniło się moje kolejne żeglarskie marzenie, to sprzed 3 lat. Byłem na Spitzbergenie, odwiedziłem wszystkie miasta o jakich marzyłem, widziałem (i słyszałem) cielące się lodowce, tylko nie zaoczyłem białego misia polarnego.

W naszej załodze była jedna kobieta – Daria. Wspaniała żeglarka. Znakomicie znosiła trud przebywania pomiędzy 16 mężczyznami w różnym wieku, niektórzy śpiewali nawet:

10Kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi,

nowa trasa w głowach nam się rodzi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Jak rejs dłużej potrwa, to Darię uwiodę.

 

I jak w piosence, w głowach zrodziły się nam plany nowych wypraw, znowu w zimne tereny, w potężny mróz z kilkuset kilometrową wyprawą skuterami śnieżnymi. Czy się uda – oczywiście, że tak. Marzenia się spełniają, tylko trzeba bardzo chcieć.

 

 

(słowa do piosenki Jesteśmy jagódki)

Wojtek Pasieczny.

 

Kiedy kończy się sztorm i zaczyna huragan

Kiedy kończy się sztorm i zaczyna huragan

    Bezpieczeństwo na morzu – artykuł w magazynie „Jachting” maj 2011

Kiedy kończy się sztorm i zaczyna huragan,  o tragedię nie trudno.

 

iwan-ajwazowski-statek-podczas-sztormu--372Jest takie miejsce, gdzie spotykają się napawające lękiem wody dwóch oceanów, gdzie ponure i ciemne skały wystają pionowo i dumnie ze wzburzonych fal. Przylądek Horn, wzgórze owiane całunem tragedii. To magiczne miejsce jest niemym świadkiem zatonięcia blisko dwóch tysięcy statków i żaglowców. Marynarze spod wszystkich szerokości geograficznych przysięgają, że właśnie tam jest przykuty do dna łańcuchami kotwicznymi morski diabeł. Marynarze z Marynarki Chile podają, że w ostatnich latach w rejonie Przylądka Horn morze pochłania 2 – 3 jachty rocznie. Źle się dzieje, że w tej tragicznej statystyce są jachty pod polską banderą. Żeglarstwo na tych niebezpiecznych wodach niszczą pieniądze i osobiste ambicje. Komercjalizacja żeglarstwa morskiego ma negatywny wpływ na bezpieczeństwo żeglugi. Gdzieś tam, na koniec świata, chcą popłynąć żeglarze. Wykupują koję na rejs i powierzają swój los w ręce załóg często nie posiadających wystarczających kwalifikacji do żeglugi na wodach polarnych. Wiedzą, że tam jest zamrożony w czasie i lodzie ląd, jedyne niezamieszkałe miejsce na Ziemi – Antarktyda. Ale czy wiedzą, że tam spotykają się wszystkie południki, kompasy wariują, słońce nie zachodzi i nie wschodzi w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a reguły codziennego życia nie działają. Wiatr i śnieżyce hartują dusze ludzi, prognozy meteo nie sprawdzają się. Zawodzi nawigacja i łączność satelitarna.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERANa wodach Hornu udokumentowano zatonięcie blisko dwóch tysięcy statków, okrętów, żaglowców i jachtów.

Trzynastego OLYMPUS DIGITAL CAMERAmarca 2008 roku podczas sztormu przy Hornie zatonął jacht Bona Terra.  Nashachata-

Trzynastego grudnia 2010 roku, na tym samym akwenie rozpoczęła się tragedia jachtu Nashachata.  Zginęło dwóch żeglarzy.

Prowadziłem rejs na Bona Terra po wodach Cieśniny Drake’a przed jej zatonięciem. Znam żeglarzy, którzy przeżyli tragedię jachtu Nashachata. Bezpośrednie relacje uczestników tych katastrof i znajomość przebiegu tych wydarzeń, skłoniły mnie do analizy przyczyn wypadków morskich na najniebezpieczniejszych wodach świata. Bezpieczeństwo żeglugi realizuje się już na etapie budowy jachtu, jego wyposażenia oraz jego eksploatacji. Bezpieczeństwo, to sposób życia załogi. Zawsze jest to splot wydarzeń, podobnie jak w katastrofach lotniczych. To nie Neptun Rex, władca wszech mórz i oceanów, to nie feralna „trzynastka”, kara niebios czy pogoda były powodem tych tragicznych wydarzeń. To żeglarzom zabrakło wiedzy i predyspozycji do żeglugi w trudnych warunkach. A jeśli ją mieli, to i tak podejmowali złe decyzje. Tam, gdzie istnieje czynnik ludzki, nie można wykluczyć katastrofy. Nikt nie może utrzymywać, że nie zostanie zatopiony na tych szerokościach. Są to najniebezpieczniejsze wody świata i żaden jacht bez względu na rozmiary i wyposażenie , nie może być pewien przeżycia. W literaturze marynistycznej znajdziemy setki opisów przetrwania w najsilniejszych sztormach znanych pod nazwą jako cyklony na Pacyfiku i Oceanie Indyjskim, jako tajfuny na Atlantyku, czy tornada w Europie i Afryce Zachodniej. Z relacji tych co ocaleli wynika, że podjęto zbyt wiele nieadekwatnych w danym czasie decyzji. Często porzucone, okaleczone jachty jeszcze długo samotnie dryfowały po oceanach. Pragnę wyraźnie powiedzieć, że to co kieruję do czytelników „JACHTINGU” jest głosem w odwiecznej dyskusji jak przetrwać sztorm, a nie receptą na przetrwanie.

 ABC… – dla żeglarzy decydujących się na żeglowanie w czasie sztormów.

  • Odrzuć system rejsu wyłącznie komercyjnego. Popłyń z kapitanem i załogą z którymi już pływałeś. Wiesz jak działają w trudnych warunkach na morzu, masz do nich zaufanie i możesz liczyć na ich pomoc.
  • Uzupełnij wiedzę żeglarską o warunkach pływania w danym akwenie. Niezbędna jest znajomość nawigacji z uwzględnieniem prądów i pływów, znajomość warunków meteorologicznych, sposobów łączności i powiadamiania, możliwości ratownictwa medycznego i mienia, lokalnego prawa i warunków żeglugi na wodach wewnętrznych.zawisza-czarny-77
  • Zbierz informacje o jachcie, jego konstrukcji i wyposażeniu. Wiele jachtów, które opłynęły świat nie spełnia warunków żeglugi tam, gdzie kończy się skala Beauforta a fala wypiętrza się na kilkadziesiąt metrów. Kadłub wypornościowy zapewnia większą stateczność jachtu. Laminatowe kadłuby nie są bezpieczne – idące w miliony cykle „ugięcie-prostowanie” powodują „kruszenie” się żywicy między zbrojeniem, co w efekcie powoduje delaminację (rozwarstwienie). Żagle sztormowe są obowiązkowe. Na żaglu głównym powinno być co najmniej 3 refy. Pożądanym żaglem jest Trajsel, służy on do zastępowania grota podczas bardzo silnego wiatru. Jeżeli masz roler,  jest gorzej, ponieważ nie zmienisz żagla na sztormowy. Jeżeli jest roler z genuą, pożądany jest baby–sztag na którym postawisz żagle sztormowe. Przy wiatrach powyżej 6°B żagiel na rolerze ma duże wybrzuszenie i mniejszą efektywność pracy. Life liny i uprzęże są niezbędne, bez nich nie wychodź w morze.
  • Zabezpiecz się przed wiatrem, wodą i wychłodzeniem. Sztormiak chroni tylko przedOLYMPUS DIGITAL CAMERA wodą. Musisz mieć na zmianę ciepłą sportową odzież i bieliznę. Konieczne są wysokie nieprzemakalne buty, kalosze są nieprzydatne na wodach polarnych. Woda, grad i śnieżyca bije w nieosłonięte części ciała.Zabierz gogle lub neoprenową maskę narciarską oraz ocieplone nieprzemakalne rękawice. Zwykle na jachtach nie ma kombinezonów ratunkowych. Kup i zabierz morskie ubranie ratunkowe które zwiększy szanse na przeżycie w zimnej wodzie ponieważ zapobiega hipotermii i zapewnienia pływalność.
  • Warunkiem twojego bezpieczeństwa jest znajomość jachtu i jego wyposażenia. Zrób to natychmiast po zamustrowaniu. Zdanie się na wiedzę  innych członków załogi jest brakiem odpowiedzialności. Silnik na jachcie jest napędem pomocniczym, ale musi być sprawny i niezawodny. Silnik przy zmianie żagli zwiększa bezpieczeństwo pracy załogi na pokładzie. Wszystkie zbiorniki z paliwem muszą być pełne. Nie ufaj wskaźnikom elektronicznym, kontroluj paliwo sondą ręczną. Bierz paliwo z pełnych zbiorników, zmniejsza to możliwość zanieczyszczenia paliwa osadami z dna zbiornika spowodowane rollingiem, a w konsekwencji zablokowaniem filtrów paliwowych i zatrzymaniem silnika. Dobrą praktyką morską jest zabranie beczki (kanistra) z olejem napędowym na pokład pomimo pełnego stanu paliwa. Można wówczas uzupełniać paliwo w zbiorniku nie dopuszczając do jego zanieczyszczenia na skutek pracy kadłuba na fali, zwłaszcza gdy mamy tylko jeden zbiornik paliwowy. Sztormując na silniku pamiętaj o możliwości zakłóceń w systemie chłodzenia. Aby uniknąć zapowietrzenia systemu, kingston wody chłodzącej silnika powinien być na burcie zawietrznej.epa02424324 Handout photo taken by the Falmouth Royal National Lifeboat Institution lifeboat volunteer crew during the time they spent standing by the Polish tall ship Fryderyk Chopin in open seas, near Falmouth, Britain, 31 October 2010, while she was towed by the fishing vessel Nova Spero. The training Polish ship was carrying teenagers who are learning how to sail, when lost both masts during gale force winds off the Scilly Islands.  EPA/RNLI/Falmouth/HO  EDITORIAL USE ONLY/NO SALES Dostawca: PAP/EPA.
  • Nie wychodź niesprawnym technicznie jachtem. W morzu, w czasie sztormu jest już za późno na naprawę sprzętu i wyposażenia. Olinowanie stałe, gdy będzie zbyt luźne jest zagrożone. Silne sprężynowanie w czasie sztormu może zerwać liny i stracimy maszty. Radiowy izolator na aftersztagu zawsze jest podejrzany.
  • Przećwicz w porcie obsługę sprzętu, takielunku i wyposażenia. Ćwicz również w trudniejszych warunkach. Jeżeli zrobisz to często, to wyeliminujesz błędy w mocowaniu lin.
  • W przygotowaniu do wyjścia sprawdź wszystkie luki i bulaje czy są zamknięte i zabezpieczone pokrywami sztormowymi, tzw. blindklapami. Cały ruchomy sprzęt i wyposażenie zaształuj. Sprawdź zabezpieczenie medyczne. Sprawdź zabezpieczenie tratw na pokładzie oraz radiopławę EPIRB. Zablokuj kuchnię i akumulatory. W szerokich mesach, jeżeli relingi kabinowe są niewystarczające, przeciągnij linę wzdłuż pomieszczenia. Sprawdź środki łączności i pirotechniczne środki ratunkowe. Sprawdź, czy załoga jest dobrze ubrana.
  • Zdążaj do bezpiecznego miejsca zanim sztorm dotrze na twoją pozycję. Jeżeli nie zdążysz wejść do bezpiecznego portu, uciekaj w morze. Pamiętaj, że ląd i płytka woda jest największym zagrożeniem. Bądź ostrożny, w pobliżu lądu możesz być uwięziony. Schronienie za wyspą, pod wysokim brzegiem klifowym, a również w zatoce może być decyzją najgorszą z możliwych. Nashachata a

Zatoka Sloggett, gdzie schronił się jacht  Nashachata po zmianie kierunku wiatru, była śmiertelną pułapką zakończoną tragicznie. Sztormowanie w bejdewindzie jest dokuczliwe dla załogi, ale jest bezpieczniejsze ze względów konstrukcyjnych jachtów. Jest rzeczą bezsporną iż dziób jachtu jest mocniejszy i mniej wrażliwy na działanie fal. Natomiast rufa z kokpitem jest narażona na atak załamującej się  fali. Powyżej 10 ° B. jacht jest w większym niebezpieczeństwie żeglując z wiatrem zarówno z linami za rufą, jak i bez. Osobiście czuję się bezpieczniej utrzymując jacht ostro na wiatr. Potrzebna jest minimalna ilość żagli aby utrzymać kurs na wiatr. Jeżeli nie wspomagamy się silnikiem, to musi on być gotowy do natychmiastowego uruchomienia. Pracujący silnik daje możliwość skierowania jachtu na grzbiet załamujących się fal w stopniu dostatecznym, aby zapobiec wywróceniu na burtę. Wspomaganie silnikiem jest przydatne w dolinie wielkich fal, gdy jacht jest w strefie ciszy i traci sterowność. Na wodach polarnych niże nie rozbudowują się nadmiernie i przemieszczają się z dużą prędkością. W ciągu godziny można zaobserwować spadek ciśnienia przekraczający 45 hPa, co jest alarmującą oznaką nadchodzącego sztormu. Tak więc najsilniejszy wiatr twa kilka, maksymalnie kilkanaście godzin. Trzeba wykorzystać całą wiedzę i doświadczenie, sztormować i przetrwać. Problemem jest zmęczenie załogi i zwykle mała ilość sterników zdolnych sterować na wielkich falach, gdy skala Beauforta już się kończy. Na pokładzie utrzymuj niezbędną załogę, aby pozostałym zapewnić wypoczynek wewnątrz jachtu. Sterowanie w takich warunkach wymaga nadzwyczajnej koncentracji i doświadczenia. Sternikowi musi towarzyszyć obserwujący morze doświadczony żeglarz. Zwykle jest to oczekujący na zmianę sternik. Czas zmiany sterników to moment bardzo niebezpieczny.

Sztormowanie z wiatrem jest zagrożone wielkim ryzykiem. Wymaga specjalnej budowy i zabezpieczeń, jakie spełniają tylko nowoczesne jachty sportowe z długim kilem, względnie duże kadłuby wypornościowe z integralnym falszkilem. Od załogi wymaga się najwyższych kwalifikacji, doświadczenia i elastyczności na zmiany taktyki w sztormie. Płsztorm hetmanynięcie z wiatrem jest możliwe wyłącznie na nowoczesnym jachcie prowadzonym przez dobrego sternika, daleko od lądu gdy mamy bardzo dużo otwartej głębokiej wody. Niebezpieczna jest ucieczka z wiatrem, gdy płyniesz szybciej od fali. Można wówczas wbić się w tył poprzedzającej fali i zrobić zwrot przez dziób. Łatwo zsunąć się z łamiącej fali, wylądować na burcie i zrobić wywrotkę, co kończy się zwykle utratą masztów. Bywa tak, że utrata masztów powoduje lepsze zachowanie jachtu na falach i może uratować załogę przed katastrofą. Aby jacht nie za szybko wyprzedzał fale można z rufy wyrzucić liny w postaci pętli o zasięgu dwóch fal. Ale zapamiętaj, gdy holujesz liny nie jesteś zdolny do kontrolowania prędkości i schodzenia z drogi wielkim grzywaczom. Nie polecam użycia dryfkotwy na rufie. Jeżeli fala obróci jacht dryfkotwa może ściąć ster, uszkodzić wał i śrubę napędową. Wyrzucona dryfkotwa jest nie do podjęcia w czasie sztormu. Aby się uwolnić, trzeba ja odciąć. Zbytnie spowolnienie jachtu spowoduje wtargniecie załamującej się fali na rufę i zalanie kokpitu, a w konsekwencji wywrotkę i zatopienie jednostki. Ucieczka w sztormie z wiatrem była zalecana w latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku, stąd wiele opisów w literaturze marynistycznej i poradnikach. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że konstrukcja dzisiejszych jachtów, w szczególności kadłubów znacznie się zmieniła i jestem przeciwnikiem tej metody. Płynąłem lekkim jachtem regatowym w sztormie w regatach „Round Gotland” na Bałtyku z wiatrem. Pomimo prędkości na grzbiecie fali do 18 węzłów, w dolinie traciłem prędkość i białe grzywy fal załamywały się tuż nad głową sternika, spadając za  plecami na rufę. Były regaty, ryzykowałem utratę jachtu, narażałem załogę, zdobyłem puchar, ale nigdy tego nie powtórzę. Nie będę w huraganie sztormował z wiatrem. Jest to poza ucieczką na płytką wodę i w kierunku lądu najczęstsza przyczyna tragedii utraty jachtu w sztormie.

Tak właśnie zatonął jacht Bbona terraona Terra po wtargnięciu na rufę załamującej się ogromnej fali. Na zdjęciu przygotowane zielone cumy, użyte podczas sztormowania.   Po wyrzuceniu za rufę kilkuset metrów cum jacht miał zbyt małą prędkość. Salwując się ucieczką w kierunku lądu blisko Hornu jacht wszedł na głębokość kilkudziesięciu metrów.  To wyrzucone z rufy cumy oraz  wypiętrzanie się  potężnych fal wraz  z zmianą głębokości z 4000 metrów do kilkudziesięciu,  przyczyniły się między innymi do utraty masztów i zatonięcia jachtu Bona Terra.

Nie ma jednej odpowiedzi, jak przetrwać w sztormie. Bezpieczeństwo, to sposób życia załogi, jej kwalifikacji i doświadczenia. Trzeba lat, aby być kompetentnym. Nie ma nic lepszego, jak pływać na różnych jachtach w różnych warunkach, a nade wszystko kierować się przepisami i dobrą praktyką morską. Nie przypisuj sobie tych uwag o których pisałem, są to obserwacje i zalecenia, do których skłoniły mnie tragedie na morzu. Nie twierdzę, że załogi jachtów „Bona Terra” i „Nashachata” nie miały wiedzy pływania w sztormach, ale wiele wymienionych wcześniej czynności w praktyce nie zrealizowali. sy-sunrise-mJeżeli żeglowanie jest koniecznością i twoim sposobem na życie, musisz kiedyś zmierzyć się z potęgą polarnych oceanów. Nie spiesz się, przygotowanie na rejs życia wymaga wielu lat doświadczeń w każdych warunkach, na wielu jachtach, z wieloma załogami. A celem żeglowania niech będzie szczęśliwy powrót do portu

Waldemar Waszczyk

Tradycje morskie  –  chrzest morski.

Tradycje morskie – chrzest morski.

 

posejdon

.  Z przekazu Korsarzy, którzy odeszli na wieczną wachtę morską wiemy, że gdzieś tam w głębinach jest dwór Neptuna, boga wód, chmur i deszczu. Neptunowi umilają panowanie opiekunki żeglarzy Nereidy – nimfy morskie uosabiające uroki morza. W otoczeniu syren, koni morskich i węży morskich władzę sprawuje piękna Salacja, żona Neptuna.

.

W czasie Chrztu Morskiego na pokłady żaglowców i okrętów, rydwanem zaprzężonym w Trytony przybywa Neptun wraz z całym dworem. Wielowiekową tradycją wśród marynarzy i żeglarzy jest Chrzest Morski. Budzi niepokój wśród neofitów, często brutalnie poddanych próbie dzielności przez weteranów służby na morzu.za106_WSZY

Po określeniu przydatności do żeglugi na morzu, zostają doprowadzeni przed oblicze Neptuna . Każdy własny Chrzest Morski, a zwłaszcza ten pierwszy pamięta się i wspomina do późnych lat. Wśród ludzi morza najbardziej wiernymi w kontynuowaniu tradycji Chrztu Morskiego są marynarze flot wojennych i żeglarze. Początków tej ceremonii należy doszukiwać się już w starożytności, która miała charakter wyłącznie religijny i dotyczyła chrztu okrętów w celu zjednania przychylności sił nadprzyrodzonych. Tradycja chrztu morskiego wywodzi się z rytuałów pogańskich i chrześcijańskich, z tych drugich pozostało tylko w nazwie słowo „chrzest”. Żeglarze traktują Chrzest Morski jako poważny rytuał i wierzą, że „niechrzczeni”, mogą sprowadzić na statek gniew Bogów.  Dawniej, na żaglowcach zwykle obchodziło się tradycję chrztu równikowego lub polarnego. Ceremoniał Chrztu Morskiego służy relaksowi i odprężeniu po trudach żeglugi, na przykład po przebyciu trudnego akwenu, groźnego przylądka. Służy również integracji, przyjęciu do załogi neofitów po stwierdzeniu opanowania wiedzy żeglarskiej i przydatności na pokładzie. Tradycja Chrztu Morskiego jest obecna wśród żeglarzy na wszystkich wodach większych od kałuży, słonych i słodkich, stojących i płynących. Do grona żeglarzy przyjmowana jest młodzież na obozach żeglarskich, a Chrzest Morski na śródlądziu i przeżyte emocje sprawiają, że dla wielu żeglarstwo staje się filozofią życia. Dobrą tradycją jest chrzest po zakończeniu pierwszego rejsu pełnomorskiego. Marynarze portugalscy organizują Chrzest Morski po opłynięciu Gibraltaru. Doskonałą okazją do organizacji  ceremonii Chrztu Morskiego w Polskiej Marynarce Wojennej jest pierwsze wyjście okrętu w morze z nową załogą. Nie jest moim zamiarem opis ceremonii Chrztu Morskiego, których wiele spotykamy w literaturze marynistycznej. Z opisów tych wynika, że nie zawsze wiemy, kim są i jaką pozycję zajmują poszczególne postacie towarzyszące Królowi Mórz i Oceanów. Tradycja Chrztu Morskiego wywodzi się z mitów i wierzeń greckich i rzymskich. Rzymski kult Neptuna i grecka boskość Posejdona oraz ich otoczenie zachęcają, aby poznać ich lepiej:

Neptun – Posejdon

neptun ttChrzest Morski nie mógł by mieć miejsca bez rzymskiego Króla Wszech Mórz i Oceanów. Przybycie Neptuna zapowiada nadworny Mag i Astrolog. Atrybutem Neptuna jest trójząb. Władzę nad wszelką wodą płynącą i stojącą sprawuje wraz z małżonką Salacją. Piękna nimfa Salacja lub też Venilia jest morskim bóstwem z orszaku Neptuna, uosobieniem słonej wody i piękna morza. Atrybutami Salacji są: delfin, diadem, berło, muszla w kształcie rogu. Nie zawsze towarzyszy Neptunowi w czasie Chrztu Morskiego. Neptun, na neofitów doprowadzonych przez diabły przed jego oblicze nakłada obowiązek znajomości sztuki żeglarskiej oraz przestrzegania tradycji i zwyczajów morskich. Stwierdza ich przydatność do żeglugi na morzach i nadaje imiona oraz wręcza pamiątkowe dyplomy. Marynarze i żeglarze spod niektórych bander witają na pokładzie Posejdona, greckiego boga morza, odpowiednika rzymskiego Neptuna.Amfitryta kopia

W mitologii greckiej żoną Posejdona jest Amfitryta, piękna nimfa sprawująca władzę na morzu wraz z Posejdonem. Amfitryta wraz ze swoim mężem, bogiem Posejdonem miała syna Trytona i dwie córki Rode i Bendesikime. Amfitryta jest widywana z Posejdonem podróżujących rydwanem zaprzężonym w trytony, (pół ludzi, pół ryby) w otoczeniu delfinów i ryb.

Proserpina – Persefona

Przybywająca z Neptunem Proserpina, zajmuje wysoką pozycję w orszaku Władcy Mórz i Oceanów, zasiada przy jego boku i czasami pomaga Neptunowi podjąć decyzję, czy doprowadzony neofita zasługuje na łaskę i zastanie przyjęty do załogi jako żeglarz przydatny do służby na morzu. W wielu opisach ceremonii Chrztu Morskiego Proserpina jest przedstawiana jako małżonka Neptuna, co jest nieprawdą.

Pproserbinaroserpina jest córką opiekunki kobiet, bogini Junony i Jowisza, najwyższego władcy nieba i ziemi, ojca bogów. W mitologii greckiej jako Persefona jest córką Zeusa i Demeter. Została uprowadzona przez brata Zeusa, władcę podziemnego świata zmarłych Hadesa (rzymskiego Plutona), później przez niego poślubiona. Jako bogini kiełkującego ziarna, wiosną wymyka się z podziemnego świata zmarłych i wędruje po morzach i oceanach odwiedzając dwór Neptuna. Wśród nimf, węży i koni morskich, a także delfinów, ryb i syren wesoło spędza czas przed powrotem do męża, do Hadesu. A więc kim jest zasiadająca przy boku Neptuna w czasie Chrztu Morskiego Proserpina? Czytelnicy „Jachtingu” już wiedzą, że nie żoną, ponieważ Neptun miał tylko jedną żonę Salację lub też Venilię. Zapewne miał kochanki, bowiem w mitologii greckiej miał syna Eumolposa z nimfą śniegu-Chione. Nie odnalazłem w mitologii kim była dla Neptuna, ale ponieważ zajmuje w jego orszaku miejsce przy jego boku, marynarze i żeglarze chcą w niej widzieć jego kochankę. Przyjmuję zatem, że dla dodania pikanterii ceremonii Chrztu Morskiego, przybywająca z Neptunem na nasze pokłady Proserpina jest jego kochanką.

Nereidy – nimfy morskie

W toni morskich wód mieszkają nimfy morskie, pięćdziesiąt córek Nereusza i Doris, uosabiają uroki morza, są opiekunkami żeglarzy. Wiele z nich uczestniczy w ceremonii towarzysząc Neptunowi. _RUSA

Jedną z nimf  w orszaku Neptuna jest Tetyda, matka Achillesa, bogini morza. Wiele z nich będąc pół kobietą, pół rybą, spotykamy w orszaku Neptuna jako piękne syreny. W czasie chrztu w tropikach nimfy chronią przed słońcem i wachlują Neptuna i Proserpinę. Na wodach polarnych osłaniają przed chłodem i podają na rozgrzewkę rum wydobyty z pochłoniętych przez morze żaglowców.

.

TrytonySyreny-i-Trytony

Podobnie jak syreny, trytony to pół ludzie, pół ryby. Razem z delfinami pomagają żeglarzom przeprowadzać żaglowce przez trudne akweny, przesmyki i cieśniny.Tryton_01

Rydwan, którym przybywa Neptun wraz z Proserpiną z głębin oceanów zaprzęgnięty jest w trytony.Najbardziej znanym jest Tryton, syn boga Posejdona i bogini Amfitryty. W czasie Chrztu Morskiego trytony lubią towarzystwo piratów.

.

Diabły

Nie ma diabłów morskich. Korzystając z okazji chrztu morskiego pojawiają się pod wodzą Lucypera aby dręczyć neofitów. Diabły boją się wody, nie tylko święconej, dlatego licznie przybywają tam, gdzie Neptun wraz z swoim orszakiem opuszcza morskie głębiny. Nie ma ich w orszaku Neptuna, ponieważ nie ma ich w mitologii rzymskiej czy greckiej. Pojawiły się dopiero z nastaniem chrześcijaństwa oraz w mitologii słowiańskiej.

Bez diabłów nie ma Chrztu Morskiego. djbloJest to jedyna okazja dla diabłów na zbliżenie się do dworu Władcy Mórz i Oceanów, i doprowadzenie neofitów przed jego oblicze. Zanim to jednak nastąpi, jeszcze przed przybyciem Neptuna już znaczą neofitów, aby im nikt nie uszedł. Prowadzą swoje ofiary drogą oczyszczenia, upokorzenia i przygotowania do spotkania z Władcą Mórz i jego orszakiem. Cyrulik w sposób bezwzględny stosuje lewatywę i inne wymyślne zabiegi. Fryzjer przy pomocy diabłów goli i depiluje neofitów. Kucharz karmi przysmakami ze stołu biesiadnego Neptuna sprawdzając przy okazji odporność na chorobę morską. Astrolog sprawdza wiedzę żeglarską. Są to zwykle stanowiska „tortur”. Po okrutnych zabiegach lekarskich i kosmetycznych, po degustacji morskich przysmaków wymiotnych stają się pełnowartościowymi marynarzami i żeglarzami.

100_diabeł_

.

Diabły konsekwentnie dbają, aby dusze neofitów hartować, a ich ciała przysposobić do trudów morskiego żywota. Bardzo ochoczo diabłom pomagają piraci. Mają bowiem okazję w czasie Chrztu Morskiego zbliżenia się do Neptuna i jego świty. Niechlubne działania piratów na morzach nie znalazły uznania u Władcy Mórz i nie mają prawa zbliżać się do jego dworu w głębinach oceanów.

.

.

Zakończenie ceremonii Chrztu Morskiego.

102_EKSTDoprowadzeni przed oblicze Neptuna i Proserpiny neofici, podlegający ceremoniałowi Chrztu Morskiego muszą jeszcze ucałować ich stopy na znak pokory i złożyć ślubowanie.

Neptun uderza trójzębem i nadaje morskie imię. Stwierdza przydatność do żeglugi na morzu i nakłada obowiązek znajomości sztuki żeglarskiej. Zobowiązuje do przestrzegania tradycji i zwyczajów żeglarskich. Ciernistą drogę neofity kończy wręczenie dyplomu przez Neptuna.

Ceremonia Chrztu Morskiego może przebiegać bardzo różnie. Zależy od wyobraźni, fantazji i znajomości tradycji morskich przez załogę. Na pewno jest to wspaniała, mająca elementy egzotyki zabawa integrująca załogę. Dla jej uczestników, poddanych ceremonii chrztu  Morskiego, jest niezapomnianym przeżyciem, związanym z osiągnięciem kolejnego doświadczenia w karierze żeglarskiej. Z żalem muszę przyznać, że komercjalizacja żeglarstwa nie sprzyja organizacji tradycyjnych spotkań z Neptunem i jego dworem.trzy syreny Ceremonia wypicia szklaneczki trunku i rozdanie dyplomów , na pewno nie nobilituje do grona „wilków morskich”. Uczestnicząc w wielu ceremoniach Chrztu Morskiego najważniejszym dla mnie był chrzest na okręcie podwodnym. Emocje związane z pierwszym zanurzeniem, spożycie kanapki ze smarem okrętowym i jej smak pamiętam do dzisiaj. Spotkanie na okręcie podwodnym w zanurzeniu z Neptunem i inicjacja na marynarza podwodnika związały mnie z morzem na zawsze.

**** Waldemar W.

Rejs  s/y GEDANIA na Morze Arktyczne. 15.07-05.08.2010

Rejs s/y GEDANIA na Morze Arktyczne. 15.07-05.08.2010

**** Wróciłem z kolejnej wyprawy.  Na pytanie: Jak było w rejsie? – Odpowiadam; – „miałem wspaniałą załogę”.   Po chwili dodałem – „byłem na Szpitsbergenie”.  Chwila milczenia, brak dalszych pytań.  Następnie pada zaskakujące mnie stwierdzenie – „po co tam płynąć, przecież tam jest zimno, nie lepiej na Chorwację?” ……

 

Gedania191  Zapewne  istnieje coś takiego, jak żeglarstwo na wodach polarnych.    Cała sztuka polega na tym, aby je odkryć i pokochać !

JACHT POLARNY GEDANIA

Poszukiwanie jachtu na Ocean Arktyczny i Spitsbergen (Svalbard) rozpocząłem od przeglądu jachtów stalowych. Trafiłem na s/y Eltanin, który od wielu lat penetruje zimne północne wody. Od kapitana Jurka Różańskiego uzyskałem wiele cennych informacji o pływaniu za północnym kołem polarnym. Jednak s/y Eltanin był zbyt mały dla mojej licznej załogi. Nie zostawię moich Kaphornowców na kei. Będąc członkiem the Sail Training Association Poland,  pomyślałem o s/y Gedania. Trzeba tylko przekonać armatora, i nie było to trudne. Prezes Zarządu Marek Brągoszewski wraz z pozostałymi władzami the Sail Training Association Poland  zatwierdził pozostawienie Gedani na północy. Od lat bowiem „chodziła” przeważnie po ciepłych wodach Morza Śródziemnego. Marek Kleban, dyrektor STAP-u, aktywnie włączył się w przygotowanie jachtu do pływania w warunkach arktycznych. Należy przypomnieć, że Gedanię wodowano w 1975 roku, jako jacht polarny. W swój pierwszy 14-to miesięczny rejs wyszła za północne i południowe koło polarne. Kapitanem był Dariusz Bogucki, który jako pierwszy pod polską banderą dotarł do Antarktyki. W 1981 roku kapitan Wojciech Wierzbicki opłynął Spitsbergen ze wschodu na zachód. W latach1986-1987 Gedania popłynęła w swój najdłuższy rejs dookoła świata. Od 1989 roku Gedania nie pływała, przeznaczona do remontu, z braku środków, niszczała i wrastała w stoczniowe nabrzeże. W 2002 roku, z inicjatywy admirała Jędrzeja Czajkowskiego, właścicielem Gedani został the Sail Training Association Poland. Do roku 2005 dokonano rekonstrukcji i odbudowy jachtu. Uznaliśmy, że nadszedł czas, aby szkuner sztakslowy Gedania w 2010 roku poszedł ze specjalną misją na zimne wody północy


OD POMYSŁU DO REALIZACJI

Okazało się, że więcej żeglarzy chce odwiedzić Svalbard. Kapitan Waldemar Mieczkowski wziął na siebie doprowadzenie Gedani poza koło polarne i zabezpieczenie powrotu jachtu do Gdyni. Jako pierwszy już w czerwcu dotarł na wody Svalbardu. Kapitan Tomasz Borda ze swoją załogą rozpoczął przygotowania do swojego rejsu ze Spitsbergenu przez Nordkap do Tromso. Ma też wspaniałą załogę, którą w 2006 roku poznałem w rejsie historycznym z Gdyni do Narwiku na s/y Hetman. My chcieliśmy zrobić coś więcej niż zwykły rejs . Samo dotarcie do wyznaczonego portu nie integruje tak załogi jak realizacja ambitnych celów. Nie rejs a wyprawa, coś więcej niż żeglowanie, może misja. Gedania przez 32 lata miała rekord zejścia poniżej 68 ° szerokości geograficznej południowej. Dopiero w 2008 roku zeszły niżej dwa jachty – Bona Terra i Selma Expedition. Wyznaczyliśmy cele wyprawy „Sails on Arctic 2010”:00b

.

  • przejście jachtu Gedania powyżej 80-tego równoleżnika maksymalnie na północ, aż zatrzymają nas pola lodowe arktyki,
  • nawiązanie współpracy naukowej z Polską Stacją Polarną Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk w Hornsund na Szpitsbergenie,
  • eksploracja Svalbardu – poznanie historii, fauny i flory.

PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY

Wiedziałem, z kim chciałem płynąć, ustaliłem skład załogi. Musieliśmy stworzyć zgrany zespół. W moim przekonaniu jest to podstawowy czynnik, aby osiągnąć cel wyprawy. Łatwiej jest samotnie opłynąć świat niż utrzymać bezkonfliktowo załogę w kubryku i na pokładzie przez dłuższy czas. I dlatego mieliśmy wspólny cel, zadanie do wykonania. Zaangażowaliśmy się wszyscy, aby osiągnąć sukces. Każdy na miarę własnych umiejętności i możliwości działał na rzecz wspólnej wyprawy. Nawiązaliśmy kontakt z Gubernatorem Svalbardu i uzyskaliśmy zgodę na wejście w rejon archipelagu Svalbard. Rozwiązaliśmy problemy transportu załogi i prowiantu do Tromso w Norwegii. Nawiązaliśmy kontakt z Polską Stacją Polarną w Hornsund. Zabiegaliśmy o sponsorów, bowiem już wiedzieliśmy, że kosztów wyprawy ze względu na odległy akwen i ceny w Norwegii, załoga mogła by nie udźwignąć. W ostatnim okresie przygotowań, dzięki nagłośnieniu naszych planów przez media między innymi Jachting, Traveler i Wirtualną  Polskę, – wzrosło zainteresowanie naszą wyprawą. Toyota Motor Poland udostępniła samochód Toyotę Hiacie. Z zaopatrzeniem do Norwegii pojechał Jacek Mackiewicz, który nagrał transport i paliwo. Zadbał również o pokrycie kosztów przeprawy promem do Szwecji przez KRKA-POLSKA. Za kierownicą zasiadł II Oficer Gedanii, Wojtek Pasieczny, który uzyskał część prowiantu od warszawskiego Carrefour oraz gotówkę od sieci Przedszkoli Niepublicznych SMERF przekazujących swoim dzieciom wiedzę o żeglarzach. Jurek Czartoryski, od zaprzyjaźnionej firmy rodzinnej z Zblewa „HEROLD” otrzymał dużą partię wspaniałych wędlin. Wojtek został mianowany Ochmistrzem Wyprawy „Sails on Arctic 2010”.  Dzięki Wojtkowi mamy również łączność satelitarną sponsorowaną przez MAW Telecom. Play Adventure patronował wyprawie. Zespół Play Adventure wyposażył uczestników wyprawy w sprzęt adekwatny tak do warunków atmosferycznych, jak i konieczności utrwalenia niecodziennego rejsu. Jerzy Czartoryski przyjął na siebie obowiązek dokumentowania wyprawy i otrzymał od Play Extrime najnowszy model kamery GoPro HD, która nosi znamienne miano Helmet Hero. Kamera jest wodoszczelna i odporna na wstrząsy. I Oficer Ryszard Kamiński zebrał informacje o warunkach prowadzenia żeglugi na Oceanie Arktycznym. Wzorem tradycji z „Batorego”, Oficerem Rozrywkowym mianowałem Tytusa Święcickiego, który zabezpieczył atrakcyjny pobyt załogi na Svalbardzie. Oficerem Finansowym do rozliczenia całej wyprawy został Wiesław Jutrzenka. III Oficer Paweł Mackiewicz swoje obowiązki rozpoczął od przygotowania sprzętu wędkarskiego.

ZAMUSTROWANIE

01W Tromso 15 lipca na pokładzie Gedani  przywitał załogę bosman Wojtek Cisek. Jedyny ze stałej załogi, od 5 miesięcy na burcie.  Mając 46-cio letni staż na morzu, szybko ustaliłem, że jeszcze nie świruje. Wojtek, najmłodszy na burcie, 23 letni żeglarz pokochał Gedanię i troszczył się o nią z wyjątkowym zaangażowaniem. Zyskał moje uznanie, dziękuję Ci Wojtku za współpracę. Przyjąłem jacht od kapitana Tomka Bordy zdolny do żeglugi i 16 lipca po południu rzuciliśmy cumy. Przyjęliśmy kurs na północ do czasu zatrzymania Gedani przez lody Arktyki. Rozpoczął się najdłuższy dzień. Do powrotu nie obserwowaliśmy zachodów słońca. Wpatrzony w horyzont zacytowałem Kolumba:  „morze jest nadzieją”.

WYSPA NIEDŹWIEDZIA

18 lipca, po przebyciu 300 Mm podeszliśmy do Przylądka Knapp Bull na Wyspie Niedźwiedziej. Zarzuciliśmy wędki na dorsza. Jeszcze dobrze pilkery nie opadły na dno, a były już pierwsze brania. Wystarczyło kilkadziesiąt minut na zaspokojenie apetytów siedemnastoosobowej załogi. Kambuz pracował na pełnych obrotach. Przez wiele ostatnich lat na wyspie nie było niedźwiedzi. W tym roku zanotowano ich obecność, ponieważ Morze IMG_3588Arktyczne ostatniej zimy zamarzło aż do wyspy. Na wiosnę lody cofnęły się, a niedźwiedzie zostały na wyspie. 10 czerwca 1596 roku, statki kupców holenderskich pod kierownictwem głównego pilota Willema Barentsa dopłynęły do wyspy, na której zabito niedźwiedzia i z tej racji nazwano ją Beyren Eylandt (Wyspa Niedźwiedzia). Statki Barentsa żeglując dalej na północ dotarły do 80°10’N, gdzie lody zmusiły wyprawę do odwrotu. My mamy nadzieję, że pomimo tak ostrej ostatniej zimy dotrzemy wyżej. Opuszczając wyspę, obserwowałem północne wybrzeże mając w pamięci tragedię z udziałem polskiego jachtu. W 1976 roku w zatoczce Hervigshamn u północnych wybrzeży Wyspy Niedźwiedziej rozbił się na skałach s/y Otago. Powtarzam w myślach, „kto nie trzyma się steru, ten trzyma się skały”.

SPITSBERGEN

Przed północą, na podstawie chronometru, ponieważ dzień polarny trwa tutaj od 24 kwietnia do 18 sierpnia, otworzył się Przylądek Sorkapp. Po przebyciu 440 Mm, 19 lipca byliśmy na wodach Spitsbergenu. Pierwszym polskim jachtem na Spitsbergenie był s/y Swarożyc (kpt. W. Liskiewicz) w 1967 r. W 1971 roku s/y Mestwin (kpt. D. Bogucki) przekroczył w pobliżu brzegów Spitsbergenu 80-ty równoleżnik. Próbę okrążenia od północy Spitsbergenu podjął w 1975 r. s/y Zaruski (kpt. A. Rościszewski), lecz lody uniemożliwiły pokonanie ostatnich kilkudziesięciu mil. Takie były początki polskich wypraw żeglarskich w te rejony. Ekspedycje Wikingów na „północny wierzchołek morza” zostały odnotowane w starych dokumentach islandzkich pochodzących z końca XII wieku, gdzie znajduje się krótka wzmianka: „odkryto Svalbard”. Moje odkrycie Svalbardu budziło mieszane uczucia. Mając w pamięci wyprawę na Antarktydę spodziewałem się białego lądu.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERATym czasem ukazał mi się obraz przypominający hałdy węgla na Śląsku. Wprawdzie wyższe i trochę śniegu w górnych partiach, ale czarne i ponure. Szybko jednak swój pogląd zweryfikowałem. Najwyższe szczyty (zwłaszcza w południowo-zachodniej i północno-zachodniej części wyspy) są strzeliste, co nadało wyspie właśnie taką, a nie inną nazwę, (Spitsbergen – Ostre Góry). Powierzchnia Svalbardu wynosi około 39 tys. km², czyli tyle co powierzchnia Szwajcarii czy Ho0000blandii. Jest to wyspa górzysta, najwyższy szczyt – Newtontoppen – ma wysokość 1717 m n.p.m. Wieczna zmarzlina pokrywa całość lądu i sięga do 150 metrów. W czasie lata w miejscach nasłonecznionych do 1 metra zmarzlina odmarza.

  Na morzu delfiny asystowały nam w podróży, wieloryby wyrzucały wodę niby gejzery. W roku 1612 złowiono tu pierwszego wieloryba. Nastał okres rabunkowego łowiectwa. Odławiano wieloryby grenlandzkie o długości dochodzącej do 20 m i wadze do 100 ton. Wielorybi tłuszcz był używany do lamp, służył także jako smar i do produkcji mydła. Fiszbiny wykorzystywano do usztywniania damskich gorsetów. Początek XVII wieku to szczytowy okres działalności łowieckiej na wodach w otoczeniu Svalbardu. Było 50 stacji wielorybniczych. Flota wielorybnicza to ponad 300 statków. Sami Holendrzy posiadali flotę wielorybniczą liczącą od 150 do 250 jednostek. Rocznie odławiali od 750 do 1250 wielorybów. Jednocześnie łowiły statki angielskie, później też francuskie, duńsko-norweskie i niemieckie. W przeciągu dość krótkiego czasu masowa rzeź wielorybów, oraz być może zmieniający się klimat, spowodowały prawie całkowitą ich zagładę. Rok 1710 to praktycznie koniec okresu wielorybnictwa. Od początków XX w. wydobywa się na wyspie węgiel kamienny, a wokół kopalni powstały osiedla ludzkie. Od 1920 roku na mocy traktatu Spitsbergeńskiego, cały Svalbard jest pod opieką Norwegii. Traktat ten gwarantuje państwom, które go podpisały (w tym Polsce od 1931 roku) prawa do połowów, polowań, prowadzenia działalności morskiej, przemysłowej, wydobywczej i handlowej oraz prowadzenia badań naukowych, regulowanych miejscowym prawem. Innymi słowy, Polska ma takie same prawa do tej dalekiej krainy jak Norwegia, która dodatkowo zobowiązana jest do obsługi administracyjnej i organizacyjnej archipelagu.

HORNSUND

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Angielski wielorybnik Jonasa Poole wpłynął w 1610 r. do fiordu w czasie sztormu uważając go za cieśninę (norw. sund). Załoga na lądzie znalazła róg renifera (horn – róg), co zaowocowało nazwą „Horn sund”. Rzuciliśmy kotwicę w Zatoce Białego Niedźwiedzia 20 lipca o godzinie 08.50.

0cW fiordzie Hornsund, od 1957 roku działa Stacja Polarna Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Jest to najdalej na północ wysunięta polska placówka naukowa prowadząca działalność całoroczną. Nawiązaliśmy łączność radiową z Kierownikiem XXXIII Wyprawy PAN w Stacji Polarnej Hornsund Panią dr Anną Kowalską. Miałem na miejscu ustalić rodzaj i warunki współpracy. Dowiedzieliśmy się, że nie możemy zejść na ląd. Poszukiwano rannego białego niedźwiedzia w okolicach naszej stacji. Bez nadziei na szybkie zakończenie akcji poszukiwawczej, podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy do Longyearbyen. Na przelocie, przez telefon satelitarny dostałem dobrą wiadomość, otrzymaliśmy dwa zadania do wykonania na rzecz naukowców Polskiej Stacji Polarnej na Szpitsbergenie. Mamy pobierać próbki wody ze strumieni spływających z lodowców, oraz pobieranie próbek osadów z lodowców. Przekazałem załodze sposób, w jaki należy to wykonać, która przyjęła zadanie z powagą i entuzjazmem. Wizytę w Polskiej Stacji Polarnej złożyliśmy w drodze powrotnej.

LONGYEARBYEN

 W Longyearbyen zacumowaliśmy przy pomoście w południe 21 lipca po przebyciu ponad 600 Mm. Przybycie do stolicy Svalbardu wiązało się z koniecznością odbioru dokumentów w biurze Gubernatora, zezwalających na pobyt. Wszystkie formalności załatwiliśmy dużo wcześniej drogą mailową. Usłyszeliśmy, że czekali na nas i życzą udanego pobytu Już przy podejściu było widać, że jest to ośrodek górniczy. Znaczny rozwój miasta nastąpił po II wojnie światowej. Wówczas odbudowano je po zniszczeniach wojennych. W XVI-XVIII istniała tutaj osada rosyjska, główny ośrodek wydobycia węgla kamiennego. W 1906 obecną osadę założył John Munru Longyear stąd nazwa Longyearbyen. Osada liczy około 1800 stałych mieszkańców, w tym 12 polaków. Cały Svalbard to około 2500 mieszkańców, i na tyle również określana jest populacja niedźwiedzia polarnego. Reniferów jest 10 tysięcy. Wyspa pokryta jest w 60% lodowcami. Wszelkie rodzaje wegetacji roślinnej zajmują 6-7% lądu. Jedyną słodkowodną rybą, jaką tu można spotkać jest „Arctic char” z rodziny łososiowatych. Polowanie na renifery i tylko 6 rodzajów ptaków, pozyskanie lisa polarnego czy wędkarstwo słodkowodne jest możliwe wyłącznie dla stałych mieszkańców, po uzyskaniu licencji od Gubernatora.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

W 2002 roku zarząd i odpowiedzialność nad miejscową społecznością Rząd Norwegii przekazał do Rady Komunalnej Longyearbyen na czele której stoi Gubernator. Preferowanym kierunkiem rozwoju jest górnictwo, turystyka i badania naukowe. Populacja Longyearbyen jest młoda, jest dużo dzieci. Nic dziwnego, noc polarna trwa tu dokładnie 110 dni. Są trzy przedszkola, szkoły od podstawowej do centrum uniwersyteckiego gdzie można studiować arktyczną biologię, geologię, geofizykę i arktyczną technologię. Nie ma dróg poza osadami. Komunikacja to skutery śnieżne i łodzie. Niedźwiedzie polarne można spotkać na całym archipelagu w ciągu całego roku. Z tego względu w terenie trzeba posiadać broń – wielkokalibrową i rakietnicę do odstraszania. Niedźwiedzie są pod ochroną, jednak w obronie własnej trzeba użyć broni. Zabicie niedźwiedzia trzeba zgłosić do urzędu gubernatora. Przypadek taki jest skrupulatnie badany przez policję, a nieuzasadnione użycie broni surowo karane. Przed dalszą eksploracja Svalbardu udałem się do sklepu sportowego, gdzie wypożyczyłem broń. Jako myśliwy mam licencję na broń i dlatego bez problemów dostałem karabin Mauser 98k, kaliber 7,92 z 1941 roku. Przypominał eksponat muzealny.00c Karabin ten od roku 1935 był na wyposażeniu w armii niemieckiej i stanowił podstawę uzbrojenia Wehrmachtu w czasie II wojny światowej. Do końca wojny wyprodukowano około 11 milionów egzemplarzy tego karabinu. Właściciel sklepu wyniósł z zaplecza drugi karabin w doskonałym stanie. Oświadczył, że ten karabin, jego ojciec, pod koniec wojny zabrał niemieckiemu żołnierzowi w okolicach Longyearbyen. Jakie było moje zdziwienie, kiedy na komorze zamkowej odczytałem:, „RADOM 1939”. Mauser był produkowany przed wojną w Radomiu i był na wyposażeniu Wojska Polskiego, jako standardowy karabin do 1939 roku. Niemcy we wrześniu 1939 przejęli z magazynów Fabryki Broni w Radomiu kilka tysięcy sztuk karabinów, w które doposażyli własne jednostki. Niestety, dostałem karabin niemiecki, polski był osobistą pamiątką sympatycznego właściciela sklepu. Chyba wzbudziłem jego zaufanie, ponieważ nie pobrał ode mnie kaucji za wypożyczenie broni. Po powrocie do portu, do burty przyjęliśmy jednostkę Instytutu Oceanografii Polskiej Akademii Nauk. S/y Oceania podeszła zabunkrować wodę, a nie mogła podejść bezpośrednio do kei z obawy o specjalne wyposażenie do badań naukowych w części podwodnej kadłuba. Jest to stalowy, trójmasztowy żaglowiec o eksperymentalnym ożaglowaniu parawanowym. Spotkałem się z kapitanem Andrzejem Drapellą, znajomym ze STAP-u i wspólnych rejsów na S/Y Pogoria. Uzyskałem wiele cennych informacji na temat żeglugi na Morzu Arktycznym. Z oficerem z Oceanii Darkiem Drapellą, korzystając z Internetu, przeanalizowaliśmy warunki meteorologiczne na akwenie naszej działalności. S/y Oceania przyjęła kurs na Hornsund, my na Biegun Północny.

NA POZYCJI:

Po uzupełni00000eniu zapasów oddaliśmy cumy, wychodziliśmy z jedną tylko myślą, na jakiej wysokości zatrzymają nas lody Arktyki? Studiowałem aktualne mapy zalodzenia i nie wyglądało to dobrze, granica wody nieżeglownej, czyli zalodzenie powyżej 50% zaczyna się od 80° 20΄N. Pocieszeniem jest, że od strony zachodniej nie widać pól zwartego paku lodowego, który mógłby nas zamknąć, uniemożliwiając powrót. Prognozy meteo pomyślne, wiatr południowy do 3° B, wysokość fali 0,5m z kierunku SW. Płynęliśmy na północ, po prawej burcie mijamy lodowce schodzące z Prins Karls Forland. Towarzyszą nam duże ciemne delfiny oceaniczne, podejrzewam, że są to Grindwale. Na niebie chmury kłębiaste z gatunku „pięknej pogody”(Cumulus humilis). Do północy 22 lipca mijamy NORDVEST-SPITSBERGEN NASJONALPARK. Na stromych zboczach „ostrych gór” kolonie ptaków morskich. Ktoś wypatrzył morsy. Piękna słoneczna pogoda, a czasami słychać jakby grzmot, to lodowce się cielą. 23 lipca, godzina druga, minęliśmy 80-ty równoleżnik. Wypatrywałem lodu, nie było widać nawet pojedynczych growlerów, wcześniej wszechobecnych. Za rufą mgła przykrywała ląd. Zostaliśmy sami zmierzając w kierunku Bieguna Północnego. Jest cisza, słychać tylko lekki plusk wody pod bukszprytem. Napięcie rosło. Czas upływał, a ja miałem wrażenie, że płynę w jakąś otchłań nieskończoną, nieznaną.

Mapa elektroniczna skoń00aczyła się na 80° N. Kursor ciągnął pionową linię po szarym ekranie powyżej ramki mapy. Przepływając oceany zawsze czułem jakiś ląd za horyzontem. Na tych arktycznych wodach zabrakło wyobraźni, rósł niepokój. Nie trwało to jednak długo. Na lewym trawersie jakby ktoś cisnął kilku tonowym głazem w gładką powierzchnię wody. To wieloryby złożyły nam wizytę. Pojawił się lód dryfujący o różnym pochodzeniu. Początkowo przeważał gruz lodowy, lód z osypujących się klifów lodowcowych. Pojawiły się growlery (odłamki gór lodowych do 1metra n.p.m.) i bergy0g bity (odłamki gór lodowych od 1-5 metrów n.p.m.). Od φ 80°30΄N dominował już lód allochtoniczny morski, który przybierał postać kry lodowej w postaci coraz to większych płyt lodowych. Omijając większe i mniejsze pola lodowe, Gedania torowała sobie drogę na północ.

Coraz więcej fok z wody podglądało nas ciekawie. Czarne główki fok przypominały peryskopy wystające ponad powierzchnię wody. Usłyszałem szum morza przypominający do złudzenia łamiące się fale na przyboju. Pod stępką było kilkaset metrów. To na martwej fali pracował przzejścieed dziobem zwarty pak lodowy przechodzący w torosy (nagromadzona kra lodowa, spiętrzona przez wiatr i prądy morskie). Biel i chłód dominuje, temperatura wody 0,5° C. O godzinie 20.05, 23 lipca 2010 roku oparliśmy się dziobem o lód, zabrakło wolnej wody. Przekroczyliśmy 80°40΄N. Na logu 790 Mm. Był szampan i radość z osiągnięcia celu naszej wyprawy. Foki obserwowały nas z lodu. Było dużo fok, wypatrywaliśmy niedźwiedzi. W białym polu lodowym widzieliśmy na horyzoncie i bliżej uwięzione góry lodowe. Po ponad godzinnej sesji zdjęciowej przyjęliśmy kurs tym razem na południe. Zostawiliśmy za rufą tajemniczy, nieprzenikniony lodowy świat.

.

NY ALESUND

Do Kongsfiorden weszliśmy po południu 24 lipca. Zostawiliśmy osadę Ny Alesund na prawym trawersie i podeszliśmy do lodowca Kongsbreer.   Rozpoczęliśmy realizację naukowego celu naszej wyprawy. Zrzuciliśmy ponton na wodę w celu pobrania próbek wody i osadów z lodowca. Nasz zespół badawczy udał się na ląd, uzbrojoKONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAny w środki do odstraszania niedźwiedzia polarnego i GPS do dokładnego określenia miejsc pobieranych próbek.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Pierwsza nasza ekspedycja  trwała ponad trzy godziny, poruszanie się w dzikim terenie i pobieranie materiału do badań było skomplikowane, ale zakończone sukcesem. Na pokład trafiły próbki pobrane zgodnie z instrukcją dr Anny Kowalskiej z naszej Stacji Polarnej Horsund. O północy zacumowaliśmy przy pomoście Ny Alesund, kiedyś norweskiej osadzie górniczej. Po wybuchu metanu i śmierci 21 górników w 1963 r. kopalnię zamknięto. Obecnie w Ny Alesund znajduje się siedziba wielu stacji naukowo-badawczych narodowych i międzynarodowych wchodzących w skład systemu Światowej Obserwacji Atmosfery. Od momentu odkrycia, Svalbard był zawsze przedmiotem zainteresowania naukowców, ale dopiero po 1850 roku można mówić o specjalnie przygotowanych ekspedycjach, których zadaniem było zbieranie i klasyfikacja danych naukowych. Dla badaczy Arktyki często celem było podniesienie prestiżu narodowego i odniesienie korzyści osobistych. Nasz spacer po osadzie zaowocował spotkaniem reniferów, lisa polarnego oraz kilku azjatyckich naukowców.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAZimą przebywa tu około 30 osób, przeważnie grupy techniczne, natomiast latem nawet kilkuset badaczy. Ny Alesund jest miejscem skąd Roald Amundsen podejmował wiele prób zdobycia Bieguna Północnego bez powodzenia. Jako pierwszy dotarł tam Amerykanin Robert Edwin Peary. Amundsen natomiast dotarł do bieguna południowego jako pierwszy, 14 grudnia 1911 roku. Powrócił na północ w roku 1928, zaginął podczas lotu samolotem w okolicy Wyspy Niedźwiedziej. Ciała Amundsena nie odnaleziono do dzisiaj.

 

BARENBarensburgTSBURG

Dalej płyneliśmy na południe. Silny porywisty wiatr i wzburzone morze uniemożliwiało eksplorację mijanych lodowców. Pogoda ograniczała możliwość wysłanie naszej ekipy w celu pobierania próbek z lodowców. Przed północą 25 lipca zacumowaliśmy w rosyjskiej osadzie górniczej Barentsburg. Pora dnia nie miała znaczenia, był dzień polarny, właśnie o północy słońce wędrowało najwyżej. Przenieśliśmy się o kilkadziesiąt lat wstecz, do realnego komunizmu. Osada widmo, gdzie jeszcze tliło się życie. Żyjło tam około 200 Rosjan i Ukraińców na kontraktach. Z komina elektrociepłowni pionowo w górę unosił się ciemny dym. Kopalnia pracowała wyłącznie na potrzeby własne. Zastaliśmy brudne, zdewastowane miasto z całą infrastrukturleniną przemysłową w stanie ruiny. SMagazynpotkani ludzie unikali nas, nieskorzy do rozmowy. Zmykali zataczając się w czeluściach zrujnowanych zabudowań. W centrum zastaliśmy pomnik Lenina, w bardzo dobrym stanie. Odpłynęliśmy czując za rufą upiorny zimny wzrok  górników, których mogiły pozostały w tej ziemi. Demony tych, którzy nie ukończyli obowiązujących tu dwudziestoletnich kontraktów. Również tych, którzy pozostali na zawsze, bo nie mieli gdzie wracać.

.

PYRAMIDEN00b

26 lipca przed południem płynęliśmy Billefjordem. Podeszliśmy w nabieżniku do walącego się drewnianego pirsu. Zacumowaliśmy w Pyramiden. Na nabrzeżu minęliśmy rozpadające się urządzenia portowe, gdzie bunkrowano węgiel z miejscowej kopalni. Zbliżając się do dużej rosyjskiej osady górniczej zatrzymaliśmy się przed obeliskiem z gwiazdą i nazwą miejscowości. Pod obeliskiem węglarka z ostatnią toną wydobytego tu węgla. Na uboczu pojawił się mężczyzna cierpliwie oczekując na zakończenie naszej sesji zdjęciowej. Wolno podszedł wyciszony, zapytał o kapitana i skasował 200 NOK za postój jachtu. Cała osada była uśpiona. Zupełnie tak, jakby mieszkańcy wstali rano i odeszli pozostawiając wszystko z zamiarem powrotu: przedszkole z zabawkami, szkołę z podręcznikami, szpital z salą operacyjną gotową do zabiegów, warsztaty, magazyny z półkami pełnymi części zapasowych, narty, buty i wszelkie dobro niezbędne do funkcjonowania miasta. Mieszkało w osadzie, pracowało w kopalni ponad tysiąc ludzi. Była tu cegielnia, pracowali cieśle. W 1998 roku osada została opuszczona decyzją właściciela Arktikugol Trust.

W Pyramiden zastaliśmy Barosiem osób, w tym jedną kobietę, wdowę z dorosłym synem. Byli to wszyscy mieszkańcy, rosjanie na kontraktach wieloletnich. Mężczyźni coś tam robili, obsługiwali agregat,  lampy paliły się pomimo dnia polarnego. Funkcjonował dobrze zaopatrzony bar z kobietą w śnieżnobiałym wysokim nakryciu głowy. Nie była rozmowna. W Pyramiden od kilku lat. Przygotowywała posiłek dla mężczyzn i piekła chleb. Zgodziła się upiec dla nas. W najdalej na świecie wysuniętym barze na północ spędziliśmy dużo czasu w oczekiwaniu na osiem bochenków ciepłego chleba. Złożyliśmy wizytę pod najdalej postawionym na północy pomnikiem Lenina. Odpływając zostawialiśmy opuszczoną, ale zadbaną i nie zdewastowaną osadę. Przypływają do Pyramiden statki z turystami i pewnie dlatego stan osady przypomina skansen z czasu realnego komunizmu. P000aobyt w Pyramiden wspominam sympatycznie.

Do lodowca Nordenskioldbreen po drugiej stronie Billefjordu jest około 6 Mm. Podeszliśmy w celu pobierania próbek wody i osadów. Operacja przebiegła sprawnie, obserwowaliśmy cielący się lodowiec w przedzierających się między chmurami promieniach słońca. Błękitny klif czoła lodowca wznosił się na ponad 60 metrów, potężne grzmoty były efektem pękania i osuwania się bloków lodu z przed tysięcy lat. Przed opuszczeniem fiordu wysłałem naszą ekspedycję na pontonie do ujścia strumienia wypływającego z doliny Narvenset. Był to ostatni moment na pobranie próbek wody dla naszych naukowców z Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Wiatr się wzmagał, a bryzgi fal zalewały podchodzący za rufę powracający ponton. A na pokładzie mieliśmy najsłynniejszego czeskiego Polarnika, który płynął z nami do Longyearbyen.

Miroslav Jakes

Miroslav Jakes,  w 1984 roku przeszedł solo Grenlandię ze wschodu na zachód w tajemnicy, nie powiadamiając władz w obawie, że nie otrzyma pozwolenia. Jako pierwszy Czech w 1993 roku dotarł do Bieguna Północnego. Biegun Północny w 2011 roku zdobył już dziesięć razy. W podróży do następnego portu grał na gitarze i harmonijce ustnej oraz śpiewał wraz z naszą załogą. Wspaniały gawędziarz, człowiek całkowicie uzależniony od Arktyki.

.

POŻEGNANIE Z BRONIĄ

Po kilkugodzinnej żegludze walcząc z silnym przeciwnym wiatrem, 27 lipca o 02.45 zacumowaliśmy ponownie w Longyearbyen. Było więcej czasu na shower na lądzie, zwiedzanie miasta, zakup pamiątek z Svalbardu. Ponownie złożyłem wizytę w sklepie z bronią. Na sklepowej ladzie położyłem karabin, Mauser 98k, kaliber 7,92 z 1941r. Obok dołożyłem metalowe pudełko wyścielone filcową wkładką z amunicją.000 Znajomy Norweg, zażartował „to ile niedźwiedzi upolowałeś?”, – spokojnie odpowiedziałem,„tylko jednego”. Sympatyczny sprzedawca sprawdził broń i odłożył. Sięgnął po pudełko z amunicją, otworzył i z przerażeniem przeszył mnie wzrokiem, jednym tchem wyrzucił z siebie, „tu brakuje jednego naboju!”. Niepokój na jego twarzy upewnił mnie, uwierzył, że strzelałem do niedźwiedzia. Spokojnie odpowiedziałem, „oddałem jeden strzał kontrolny w celu sprawdzenia broni” widząc, że nie dotarło dodałem, „jestem myśliwym i nie strzelałbym do niedźwiedzia bez sprawdzenia broni”. Dopiero po dłuższej chwili moje wyznanie uspokoiło właściciela broni, przestał żartować i zażądał zapłaty za zużytą amunicję. Chciałem rozładować sytuacje i zapytałem, „jeżeli oddałbym strzał do niedźwiedzia, czy też musiałbym zapłacić za nabój”. Z uśmiechem odpowiedział, że nie i skasował 20 NOK. Nie przedłużaliśmy postoju w Longyearbyen, chcieliśmy jak najszybciej być w naszym Polskim Domu na Szpitsbergenie, Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Uzupełniliśmy wodę i paliwo, rozliczyliśmy postój w kapitanacie portu i o 17.00 oddaliśmy cumy.

KAWAŁEK POLSKI NA KOŃCU ŚWIATA

Nad Zatoką Białego0a Niedźwiedzia w fiordzie Hornsund, na wyspie Spitsbergen  w archipelagu Svalbard od 1957 r. działa Stacja Polarna Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, najdalej na północ wysunięta polska placówka naukowa prowadząca działalność całoroczną. Uprzedziliśmy przez radio o naszym przybyciu. 28 lipca o godzinie 14.00 rzuciliśmy kotwicę w fiordzie Hornsund. Nie opodal kotwiczył statek  Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, S/Y Oceania. Na polską stację popłynąłem z naukowcami z Oceanii ich pontonem. Załoga systematycznie docierała na stację naszym małym pontonem wraz z materiałem pobranym na lodowcach. Zostaliśmy przyjęci przez Kierownika XXXIII Wyprawy Hornsund 2010/2011, Panią dr Annę Kowalską. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i ustaliliśmy program naszej wizyty.  Dotarły próbki wody i osadów z lodowców pobierane w atmosferze przysłużenia się nauce, dokładnie opisane. Opis zawierał dokładną pozycją z ręcznego GPS-u i temperaturę w czasie pobierania. Pani Anna Kowalska powiedziała w emocji, z niedowierzaniem słowa: „naprawdę macie próbki, to wspaniale, w jakiej temperaturze były przechowywane?”. Wyjaśniłem, że były w zęzach naszego stalowego jachtu przy temperaturze wody za burtą w przedziale 1 do 4° C. I dalej nastąpiło polecenie dla personelu naukowego stacji: „proszę przygotować miejsce w lodówce na próbki wody z Gedani”.  Przyznaję, że te słowa z entuzjazmem wypowiedziane przez lidera XXXIII Wyprawy Hornsund 2010/2011 sprawiły całej załodze wielką przyjemność.00i Dla tych słów warto było ponieść wiele trudu przy organizacji wyprawy „Sails on Arctic 2010”. Warto było zasiąść w salonie naszego Polskiego Domu w Arktyce, gdzie  załoga gwarem wypełniła całe pomieszczenie. Ze strony Pani Ani padła propozycja eksploracji pobliskiego lodowca Hansa pod przewodnictwem młodego naukowca, który wrócił niedawno z całonocnej wyprawy w pobliskie góry. Cała bowiem załoga stacji prowadziła badania 00gw terenie poza bazą. Nasz przewodnik Mateusz Baranek wyposażony w broń długą i krótką poprowadził załogę Gedani na lodowiec Hansa.  Zamykałem szyk również wyposażony w strzelbę na wypadek spotkania z misiem, który miałby zamiar zbliżyć się do nas na odległość mniejszą niż 20 metrów. Niedźwiedź sygnalizuje atak kłapaniem zębami i wydmuchiwaniem powietrza przez nos, opuszcza łeb i z dużą prędkością, długimi susami, rusza do ataku. Istnieje wiele przypadków atakowania i zabijania ludzi przez niedźwiedzie. W niektórych latach naliczono ponad 200 osobników przechodzących koło Polskiej Stacji Polarnej. Wrażeń z lodowca nie potrafię opisać, po prostu, było fantastycznie. Po powrocie z lodowca Hansa zostaliśmy ugoszczeni gorącą herbatą, kawą i ciasteczkami.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Załoga przed powrotem na pokład udała się na Przylądek Wilczka, gdzie w roku 1982 postawiono na skałach 10-metrowy krzyż, który stał się charakterystycznym elementem krajobrazu okolicy polskiej stacji.  W tym czasie pozostałem z Panią Anną, gdzie jeszcze długo rozmawialiśmy o warunkach  pracy naukowców polarników. Małej grupki naukowców skazanych na wspólne towarzystwo przez wiele miesięcy na placówce polarnej  w kontekście relacji międzyludzkich. Znaleźliśmy dużo podobieństw do warunków, na jakie są skazani żeglarze i marynarze w długim rejsie morskim. Odpływając, długo wpatrywałem się w miejsce, gdzie na końcu świata znalazłem kawałek Polski.

NORDKAPP

Mgła przykryła pokryty lodowcami ląd Svalbardu, znikający za rufą naszego żaglowca. Towarzyszące nam delfiny, wyskakiwały wysoko ponad powierzchnię wody, jak na obrazkach z delfinarium. Pod osłoną wschodniego klifu Wyspy Niedźwiedziej zrobiliśmy krótki postój na wędkowanie. Połów dorsza był obfity. Był 30 lipca, zostawiliśmy za rufą Wyspę Niedźwiedzią. Zmieniliśmy kurs, aby ominąć dziwnie zachowującego się wieloryba, który w pionowej pozycji trzepał ogonem wyrzucając spienione gejzery wody. Szliśmy na żaglach, morze było wzburzone. Wieloryb, gdy został na lewym trawersie w odległości poniżej pół kabla musiał nas zobaczyć, trysnął wodą jak z fontanny i więcej go nie widzieliśmy. Sztormowy korzystny wiatr gonił nasz szkuner z prędkością do 9 węzłów. Spojrzałem na mapę – szybka decyzja, prognozy korzystne, zdążymy zrobić Przylądek Północny. Podałem oficerowi wachtowemu nowy kurs na Nordkapp. Wiadomość szybko dotarła do całej załogi, która przyjęła ją z aplauzem.0e Uznawany za najdalej wysunięty ląd Europy na północ, jakim jest Nordkapp, mieliśmy na prawym trawersie 31 lipca o godzinie 20.45. Z poziomu Morza Barentsa na pionowej skale widzieliśmy globus ustawiony 307 metrów n.p.m. Jest on celem pielgrzymek ponad 200 tysięcy turystów rocznie z całego świata. Z naszej perspektywy przypominał piłeczkę pingpongową. Natomiast turyści to czarne punkciki na tle nieba. Opłynęliśmy wyspę Magerøya i zacumowaliśmy w porcie Honningsvag, najdalej na północ wysuniętym mieście na świecie. Wyspę Mageroy z lądem łączy tunel pod dnem morza długość 6875 metrów, i sięga głębokości 212 metrów poniżej poziomu morza. Przed południem 1 sierpnia załoga Gedani pojechała autokarem na Nordkapp odległy o 33 kilometry od portu. Na Przylądku Północnym szalał sztorm, z pod globusa niewiele było widać na morzu, aparaty fotograficzne trudno było utrzymać w dłoniach. Kilkumetrowe fale atakowały wypiętrzone pionowe skały Nordkappu. Kilkanaście godzin wcześniej przepływaliśmy tamtędy.

POWRÓT DO TROMSO

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Zanim dotarliśmy do portu przeznaczenia – Tromso, zboczyliśmy z kursu na spotkanie z wrakiem Krążownika Murmańsk. Okręt wycofany z linii po upadku Związku Radzieckiego został sprzedany na złom. Był holowany do Indii, ale w sztormowej pogodzie holowniki nie utrzymały 16 tysięcy ton złomu. Liny holownicze popękały. Kilkuosobową załogę Murmańska ewakuowały z pokładu helikopterem norweskie służby ratownicze. Rankiem 24 grudnia 1994 roku mieszkańcy małej osady Soervaer na wyspie Soroya ujrzeli ze zdumieniem dryfujący na brzeg ogromny, stalowo-szary okręt. Osiadł na dnie. Wieże i pokład wystawały ponad wodę. Krążownik Murmańsk zwodowany w 1953 roku miał 211 m. długości. Jego załoga liczyła 1200 osób. Porzucony, zagrażał okolicznym wodom i miejscowej gospodarce, opartej głównie na rybołówstwie. Norwegowie podjęli decyzję o pocięciu go na złom na własny koszt. Operacja pochłonie 240 milionów NOK (ok. 30mln EUR). My zastaliśmy wrak już za usypaną groblą, która ma go osłaniać od morskich przypływów. Powstanie jakby suchy dok, w którym do 2011 roku wrak zostanie całkowicie usunięty. Nie wiele widzieliśmy, ponad groblę wystawał tylko dalmierz i barbety dział kalibru 152 mm.

DCIM100GOPRO

Rankiem 3 sierpnia zacumowaliśmy w Tromso. Przed odlotem do kraju zapowiedziałem wieczór kapitański, żeby jeszcze przez parę godzin utrzymać załogę na pokładzie i uchronić przed portowymi pokusami. Kambuz pracował od rana. Trzeci oficer Paweł Mackiewicz stworzył potężne dwa półmiski dorsza po grecku. Dorsz  z połowu przy Wyspie Niedźwiedziej był wyśmienity,. Na zakąskę były jajka faszerowane.69

Podsumowałem rejs, doszliśmy do granicy lodu na 80°40΄N. Nawiązaliśmy współpracę naukową z Polską Stacją Polarną Hornsund na Szpitsbergenie. Wiemy, co w szpiczastych górach i lodowcach piszczy na Svalbardzie. Poza planem zrobiliśmy Nordcap. Poczuliśmy oddech Morza Arktycznego, po którym przepłynęliśmy 2039 Mm. W morzu byliśmy 356 godziny, w tym 214 godzin płynęliśmy pod żaglami. Na lądzie i w portach spędziliśmy 128 godzin.

.

Podziękowałem załodze za pracę w morzu i szczęśliwy powrót, wydałem okolicznościowe dyplomy. Za moim przykładem oficerowie dziękowali i chwalili żeglarzy swoich wacht. Pierwszy oficer kaphornowiec Ryszard Kamiński wychwalał zasługi swojej asystentki Darii Rybarczyk, która miała łagodzić obyczaje w załodze zdominowanej przez żeglarzy. Miała na pewno wpływ na zwyczaje jachtowe, niektórzy żeglarze systematycznie golili się. Wyróżnił Jarka Badźmierowskiego i Wiesława Jutrzenkę. Na specjalne wyróżnienie zasłużył kaphornowiec Tadeusz Krawczyk, weteran żeglarstwa (rocznik 1933), niesamowite poczucie humoru, autor wielu anegdot i powiedzonek. Drugi oficer, kaphornowiec Wojtek Pasieczny miał w wachcie syna Artura, którego wyróżnił za pomoc w prowadzeniu nawigacji, chwalił za prace na pokładzie Piotra Nogasia i kaphornowca Piotra Mackiewicza. Trzeci oficer Paweł Mackiewicz podkreślał zasługi Tytusa Święcickiego za organizację wycieczek i zajęć rozrywkowych na jachcie. Wymieniał zasługi kaphornowca Jurka Czartoryskiego, naszego dokumentalisty, który nie rozstawał się z kamerą. Piotr Wojciuk, siła spokoju, przyjechał z Niemiec aby zasilić szeregi naszej załogi. Świeży magister fizyki medycznej Mateusz Synowiecki obchodził 24 urodziny, wspaniały żeglarz. Pozostającemu na burcie bosmanowi Wojtkowi Cisek życzyłem, żeby szczęśliwie doprowadził Gedanię z następnymi załogami dKONICA MINOLTA DIGITAL CAMERAo Gdyni. Rodziły się pomysły następnych wypraw.  Z upływem czasu pływaliśmy już po wszystkich egzotycznych zakątkach świata. Ustalano już składy załóg i wacht. Miło mi było obserwować załogę, stanowiącą jedną wielką „włoską” rodzinę. Wieczór przedłużył się niemalże do odlotu do kraju. Nic dziwnego, w Tromso trwał nieustanne dzień polarny. ****

Marzenia się spełniają – PASJE – Wojciech Pasieczny

Marzenia się spełniają – PASJE – Wojciech Pasieczny

 

Marzenia się spełniają

PASJE – Wojciech Pasieczny – żeglarz

Wojtek Pas

Młodszy inspektor Wojciech Pasieczny, radca w wydziale ruchu drogowego stołecznej komendy, jest zapalonym żeglarzem. Każdy urlop, każdą wolną chwilę spędza na jachcie. Nieraz zdarzyło mu się zaraz po pracy jechać nad zalew, żeby trochę pożeglować, a następnego dnia prosto z łódki wrócić do komendy.

Siedzimy przy stole, laptop otwarty, oglądamy zdjęcia. Ocean. Potężne spienione fale. Trzy wieloryby, towarzysze podróży. Pióropusze wody. Upragniony przylądek Horn. A dalej: olbrzymie bloki skalne, foki na krze, tysiące pingwinów na Antarktydzie, tęcza nad górą lodową, wschód księżyca w Chile…

 

– Nie warto dla czegoś takiego pojechać? Zmarznąć nawet, nie dojeść czasami, nie dospać? – pyta znienacka Wojciech Pasieczny, a ze wzruszenia błyszczą mu oczy.

A co na to żona?
– Żona zna moje pasje i podchodzi do nich ze zrozumieniem mówi Wojciech Pasieczny. -Też pływa. Osiem lat temu byliśmy razem w rejsie po Bałtyku. Tak się zaczęło morskie żeglowanie. Teraz pływam sam, a żona pozwala mi na wojaże ekstremalne i długotrwale.

Tak było ostatnio, gdy na początku 2008 roku Wojciech Pasieczny wybrał się w rejs na Antarktydę, i w sierpniu 2007, gdy ze starszym synem popłynęli na Grenlandię, i wcześniej, w 2004 roku, gdy po raz pierwszy opłynął przylądek Horn. Teraz marzą mu się Spitsbergen i Przylądek Dobrej Nadziei. A za kilkanaście lat rejs dookoła świata. Już zaczął namawiać żonę, żeby zbudowali własny jacht morski i popłynęli w taką podróż.

W SZTORMIE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

0 Antarktydzie Wojciech Pasieczny marzył od dawna. W grudniu 2006 r. na łamach „Policji 997″ mówił, że chciałby dostać od Mikołaja miesięczny rejs na biegun południowy. Minął rok i wreszcie się udało.  – Rejs co prawda nie był miesięczny, ale był na Antarktydę – śmieje się Wojciech Pasieczny.
Zdecydował przypadek. Będąc na spotkaniu kaphornowców, usłyszał, jak ktoś opowiada, że organizuje taką wyprawę. Od razu zapaliła mu się czerwona lampka. Przystanął, z uwagą chłonął każde słowo i czekał, żeby przerwać. Wreszcie, gdy mężczyzna brał oddech, Wojciech Pasieczny wtrącił się z pytaniem:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– A jest jeszcze miejsce na pokładzie?
– Nie. Tu trzeba doświadczonych żeglarzy -usłyszał.
Dopiero, gdy mężczyzna zobaczył na ramieniu Pasiecznego żółtą chustę, znak, że opłynął Horn, dodał: – Dobra, przyślij mi swoje dane. Kilka dni później Wojciech Pasieczny dostał maiła: Jesteś w załodze. Z ośmioosobowej grupy nie znał nikogo, prócz kapitana, czyli owego mężczyzny, z którym rozmawiał kilka minut. Na pokładzie, ze względu na duże doświadczenie, został pierwszym oficerem.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyprawę rozpoczęli 30 grudnia 2007 roku. Plan był taki: 3 stycznia wyruszają z Ushuaia, portu w Argentynie, płyną do Portu Williams w Chile, gdzie dostają zgodę na wypłynięcie na przylądek Horn, opływają go i płyną dalej w stronę Antarktydy.
– Niestety, silny wiatr i prądy wywiały nas na wschód i nie daliśmy rady zdobyć Hornu. Postanowiliśmy płynąć na stację badawczą Arctowskiego, a Horn zostawić na drogę powrotną – opowiada Wojciech Pasieczny.

Trzy wieloryby pływały w okół ich jachtu, co chwilę wypuszczając w powietrze fontannę wody. Ocean był niezwykle spokojny. Powinno wiać 100 km/h, a tymczasem była kompletna cisza

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Ponieważ wiatr nie wiat przez dobę, a nam się spieszyło, jest taki zwyczaj, że się daje Neptunowi jakiś prezent – mówi Wojciech Pasieczny. – Wrzuciłem majtki i dwie pary skarpet. I widocznie były za brudne, bo Neptun się zdenerwował i mieliśmy dwie doby sztormu.

Nie było łatwo.  Fala robiła z nimi, co chciała. Rzucało na wszystkie strony. A Pasiecznemu chodziły po głowie głupie myśli: a jeśli wiatr przewróci jacht? Czy jacht wstanie, czy nie? Przy dobrej konstrukcji powinien wstać, ale jeśli coś jest nie tak? Przypinać się, pociągnie na dno… nie przypinać się… i tak zamarznę… właściwie to bez sensu. Na szczęście po dwóch dniach sztorm ustał

PINGWIN POLICJANT15_pingwin_policjant

Na stacji Arctowskiego byli niecałą dobę. Jeden z polarników wypłynął po nich pontonem, a na brzegu przywitały ich pingwiny. Wtedy jeszcze Wojciech Pasieczny nie miał pojęcia, że jeden z nich to policjant. – Na stacji Arctowskiego mówią, że ten gatunek nazywa się policjanty – uściśla Wojciech Pasieczny. Kierownik stacji pokazał mu średniej wielkości pingwina z charakterystycznym policyjnym paskiem. Oprócz niego na Antarktydzie żyje pingwin białobrewy i Adeli. Wojciech Pasieczny podchodził do ich lęgowisk na odległość trzech metrów. Nie uciekały.

 

– Mieliśmy przepustkę i mogliśmy dojść do nich od drugiej strony. Normalnie, ponieważ jest to rezerwat, wycieczki chodzą tylko wytyczoną trasą –

opowiada Wojciech Pasieczny i pokazuje zdjęcia. Kolonie pingwinów, foki, lwy morskie. Dalej ułożony na lądzie kręgosłup wieloryba i tablica, z której wynika, że do Warszawy jest 13 473 km.

Na przystankuWidać latarnię morską, żółte budynki, grób Puchalskiego. I dwa ptaki, Kazik i Kaśka, które żyją na stacji od 30 lat. Są zadomowione i oswojone, ale i bardzo psotne. Gdy któryś z pracowników wychodzi z budynku, bezszelestnie nad nim lecą, porywają czapkę z głowy i odlatują kilka metrów dalej. Po chwili kładą czapkę na ziemi przed właścicielem i czekają, czy dostaną coś do jedzenia. Jeśli nie, zabierają fant i lecą dalej.

 

– Przez cały nasz pobyt tam byty cztery stopnie na plusie. Trafiliśmy idealnie w oczko pogodowe, bo dzień wcześniej byt potężny sztorm, a jak wypływaliśmy, też nas uprzedzali, że będzie bardzo silnie wiało. Musieliśmy się spieszyć, żeby się zmieścić w tej przerwie –opowiada Wojciech Pasieczny.plaza_zatoka_admiralicji
W drodze powrotnej, tak jak poprzednio, podziwiali góry lodowe. W którymś momencie szli nawet taką. aleją – oni w środku, a po prawej i lewej stronie lodowe olbrzymy.Góry lodowe

 

GRENLANDIA

– Ale to i tak nic w porównaniu z górami na Grenlandii. Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałem. A jakie kształty przybierają… coś niesamowitego – wspomina Wojciech Pasieczny. Plan byt taki, że zejdą na ląd. Kapitan kilka lat przygotowywał się do tej wyprawy. Studiował prognozy, mapy. Wybrał sierpień, wtedy miało nie być lodu. Tak też pokazywały zdjęcia satelitarne. Niestety, lód zaczął się 80 mil wcześniej, całą dobę lawirowali między górami. Do lądu zabrakło im dwóch kilometrów. Weszliby, gdyby była tafla, ale lód był popękany. Nie ryzykowali. Zdecydowali, że wracają.

– Dopiero jak wychodziliśmy, było trudno, bo zawiało nam wejście lodem. Kapitan wszedł na maszt i przez lornetkę wypatrywał kawałka przejścia. Trzeba było uważać, żeby się nie ocierać o góry lodowe, żeby jachtu nie rozpruć – opowiada policjant.

000Zdjęcie tęczy nad górą lodową to właśnie stamtąd. Cudowny widok. Widok, dla którego warto… Wtedy już wracali, byli zmarznięci i głodni. Skończyło im się jedzenie i od jakiegoś czasu jedli przeterminowane zupki i dwuletni pumpernikiel.

– Skończyło się jedzenie? – pytam z niedowierzaniem.
– No, a ile by pani kupiła chleba na co najmniej siedem dni dla sześciu osób, w tym pięciu chłopa? Dziewczyna, która robiła zaprowiantowanie, cztery bochenki kupiła. No to zabrakło – mówi Wojciech Pasieczny.

 

HORN ZDOBYTY

Ten drugi Horn zdobyli o 4:28. Ciemno było. I nie obyło się bez problemów. Na początku wiało dobrze, ale potem zachodni wiatr wypchnął ich poza Horn. No, nie da rady, myśleli. Rozpacz. Być tak blisko i nic? I wtedy stał się cud. Wojciech Pasieczny pamięta, że zszedł z wachty i leżał w koi, było po 14:00. I nagle silne walnięcie wiatru i momentalnie cisza. Nie wiedzieli, co się dzieje, wiatr stanął, czekali. Za chwilę zmienił się kierunek, wiatr południowy. Mogli płynąć szybciutko w stronę Hornu.   – Jak okazało się, że będziemy tam za wcześnie i nic nie będzie widać, to specjalnie z kolegą zwalnialiśmy i opóźnialiśmy. Ale właściciel jachtu się awanturował i poganiał, żeby szybciej i szybciej. Bał się, że znów się niekorzystny wiatr zerwie i przyjdzie sztorm, bo tam dosłownie w ciągu dziesięciu minut robi się piekło – mówi Wojciech Pasieczny.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Nie udało im się podejść za dnia, byli za to bardzo blisko, kilkaset metrów od celu. O 4:28 chwilę postali w dryfie, w tle majaczył niewyraźnie upragniony Horn.  Przyszedł czas na szybkie świętowanie i na chrzest.  A wyglądało to tak: każdy łyknął trochę whisky, a resztę wylał do morza dla Neptuna. Każdy też dostał od kapitana szczotką w tyłek – taki jest zwyczaj. A na koniec, żeby tradycji stało się zadość, kapitan przekazał Pasiecznemu swoją starą kapitańską czapkę, z którą przepłynął kawał świata, a Wojciech Pasieczny tę czapkę wyrzucił do morza.
– To taki zwyczaj. Jak „Dar Młodzieży” pierwszy raz opłynął przylądek Horn, kapitan dał pierwszemu oficerowi swoje stare wysłużone buty i pierwszy oficer wrzucił je do morza – opowiada Wojciech Pasieczny.  OLYMPUS DIGITAL CAMERA  Oczywiście zgodnie ze zwyczajem powiesili też na bomie dzwon okrętowy i wybili dziesięć szklanek. Radość była ogromna.

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień później, czyli 18 stycznia, dokładnie w swoje 52 urodziny, Wojciech Pasieczny siedział w tawernie w Porcie Williams i wpisywał się do pamiątkowej księgi. Jeden jego wpis już tam byt. Z 6 marca 2004 roku, gdy pierwszy raz opłynął przylądek Horn. Wojciech Pasieczny napisał wtedy: „Pierwszy polski policjant na Hornie. Marzenia się spełniają”. Z tamtej wyprawy najcenniejsze zdjęcie przedstawia Pasiecznego na tle przylądka Horn. Wiało wtedy 11 w skali Beauforta, wszystko przemoczone, cały czas zalewała ich fala. Koleżanka nieźle się natrudziła, żeby złapać w kadrze i żeglarza, i Horn. Z tawerny w Porcie Williams Wojciech Pasieczny zadzwonił szczęśliwy do żony:
– Słuchaj, udało się, opłynęliśmy, ale znowu ze wschodu na zachód. Wciąż brakuje z zachodu na wschód…

– No, no – przerwała mu groźnie małżonka.   Bo trzeciego razu już nie będzie. Obiecał sobie i jej. Żeby nie kusić losu. Dwa razy wystarczy.
Autor:  Anna Krawczyńska     –   Zdjęcia:  archiwum Wojciecha Pasiecznego

 

 

 

Sails on Antarctica 2007/2008.    S/Y BONA TERRA

Sails on Antarctica 2007/2008. S/Y BONA TERRA

Wyprawa żeglarska  „Sails on Antarctica 2007/2008”

sails-on-antarctica

Tam spotykają się wszystkie południki, kompasy wariują, słońce nie zachodzi i nie wschodzi w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a reguły codziennego życia nie działają. Tam jest zamrożony w czasie i lodzie ląd, jedyne niezamieszkane miejsce na Ziemi – Antarktyda. Gdzieś tam, na koniec świata, popłyną żeglarze na czternastometrowym jachcie pod polską banderą.

NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE

(żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest)

 

Wśród załogi HETMANA, po żegludze w sztormach i szczęśliwych powrotach, zapadła decyzja o współuczestnictwie w wyprawie na najniebezpieczniejsze wody świata. Są już gotowi, 30 grudnia 2007 r. udadzą się samolotem na koniec świata, do Ziemi Ognistej. Na niegościnny ląd, gdzie wiatr i śnieżyce hartują dusze ludzi, aż staną się ostre i twarde jak sople lodu. Na BONA TERRA zamustrują w Ushuaia, miejscu o mrocznej sławie, gdzie krwawe ślady znaczyły szlaki ucieczek więźniów z tamtejszego więzienia. Dzisiaj Ushuaia jest bardzo ważnym, wręcz kultowym miejscem dla żeglarzy z wszystkich kontynentów.

 

Rzucą cumy i przyjmą kurs wokół Przylądka Horn, owianego mgłą tragedii wzgórza, wystającego pionowo i dumnie ze wzburzonych fal w miejscu, gdzie spotykają się wody napawające lękiem, ponure i ciemne. To magiczne miejsce jest niemym świadkiem zatonięcia blisko dwóch tysięcy statków i żaglowców. Marynarze spod wszystkich szerokości geograficznych przysięgają, że właśnie tam jest przykuty do dna łańcuchami kotwicznymi diabeł. Następnie pokonają szeroką na 1110 km i głęboką na 5000 m Cieśninę Drake’a, odkrytą przez słynnego szesnastowiecznego korsarza i dopłyną w rejon Półwyspu Antarktycznego. Tam odwiedzą Polską Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego. Zatoka Admiralicji o powierzchni 122 km 2 i głębokości 500 m. Na początku XX wieku była bazą wielorybników, od 1966 roku ma status Specjalnego Terenu Arktycznego. Na skalistych wybrzeżach pochodzenia wulkanicznego tłoczą się uchatki i pingwiny, a na plażach słonie morskie gotowe na spotkanie z naszymi żeglarzami. Są to: Grzegorz Lemka – prawnik z Gdańska. Cyryl Kotyla – wykładowca na Uniwersytecie Gdańskim. Piotr Mackiewicz – geodeta, geograf, pracownik magistratu w Słupsku. Jerzy Czartoryski – himalaista i miłośnik sportów ekstremalnych.. Aleksander Deptuła – adwokat z Gdyni. Wojtek Pasieczny – inspektor stołecznej drogówki, trzy lata temu opłynął Horn, w tym roku był w rejsie na Grenlandię.

 

Rejs Fundacji Morskiej Hetman, która jest współorganizatorem „Sails on Antarctica 2007/2008” , z załogą sprawdzoną w sztormach na pokładzie HETMANA poprowadzi kapitan jachtowy Waldemar Waszczyk.

25 stycznia 2008 roku powracającą załogę Fundacji Morskiej Hetman z antarktycznej wyprawy powitali żeglarze i rodziny na lotnisku w Gdańsku.

powitanie

 

Byli na Antarktydzie i opłynęli Przylądek Horn na s/y Bona Terra. Zamustrowali 2 stycznia 2008 roku w porcie Ushuaja w Argentynie. Cieśniną Beagle popłynęli do Puerto Wiliams w Chile, skąd wyruszono kursem na południe. Pozostało do nieprzejednanego przylądka około 30 mil morskich, gdy wiatr wzrósł do 9° w skali Beauforta. Załoga była bezsilna walcząc z przeciwnym wiatrem i prądem. W tej sytuacji kapitan podjął decyzję o skierowaniu jachtu kursem na Antarktydę, z zamiarem opłynięcia Hornu w drodze powrotnej.

w_sztormie

 

Do Szetlandów Południowych zostało tylko 50 mil, gdy kolejny sztorm, odrzucił jacht kilkadziesiąt mil na zachód. Po sztormie nastąpiła cisza i załoga mogła dalej kontynuować rejs omijając góry lodowe. W towarzystwie wielorybów, albatrosów, a później fok i pingwinów nastąpiło podejście do Cieśniny Nelsona. Walcząc z prądem do 6 węzłów, załoga jachtu Bona Terra pokonała zdradliwą cieśninę w południe 10 stycznia. Tego też dnia o godzinie 2100 zakotwiczono w Zatoce Admiralicji.

 

ponton_z_arctowskiego

Na załogę czekał ponton wysłany przez Mikołaja Golachowskiego, dyrektora 32 Polskiej Antarktycznej Ekspedycji. Prysznic i tradycyjne ciepłe polskie przyjęcie. Rano 11 stycznia śniadanie w Stacji Polarnej Henryka Arctowskiego i wyjście na lodowiec, na spotkanie z pingwinami i fokami.

 

plaza_zatoka_admiralicji

W drodze powrotnej silne wiatry z kierunków zachodnich skutecznie odrzucały jacht od południka wyznaczającego trawers Przylądka Horn. 16 stycznia jacht Bona Terra był już tylko 20 mil od Hornu, lecz silny sztormowy zachodni wiatr i prąd oceaniczny skutecznie odrzuciły żeglarzy od nieprzejednanego przylądka. Król wszech mórz i oceanów NEPTUN poddał próbie dzielności żeglarzy na najniebezpieczniejszych wodach świata. Widząc, że załoga strach ogromny przed morskim żywiołem pokonała, uspokoił ocean. 17 stycznia o godzinie 0428 czasu lokalnego (0628 UTC) na prawym trawersie załoga jachtu Bona Terra w odległości 8 kabli minęła latarnię Cabo De Hornos. Opłynięcie Przylądka Horn załoga celebrowała zgodnie z tradycją morską, kapitan wręczył swoją żeglarską czapkę , z którą przepłynął wiele tysięcy mil po morzach i oceanach, pierwszemu oficerowi. Ten wyrzucił ją za burtę nawietrzną ofiarując Neptunowi. Jacht powrócił do Puerto Wiliams, załoga uczciła opłynięcie Hornu w słynnej żeglarskiej tawernie.

 

19 stycznia w Ushuaia zmustrowano załogę zdrową i szczęśliwą. To był trudny rejs. Przebyto 1425 Mm, 341 godzin w morzu. Ilość godzin żeglugi przy wietrze o sile powyżej 6° B – 102, w tym 40 godzin powyżej 8° B. Rejs przebiegł bez awarii i wypadków morskich.

kaphornowcy

 

W dniu 7 marca odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców w Gdańsku. Grotmaszt Bractwa Kaphornowców, Admirał Czesław Dyrcz przyjął ślubowanie od załogi Fundacji Morskiej Hetman , zdobywców Przylądka Horn. Zostali braćmi Bractwa, został im nadany przywilej używania przydanego imienia „Albatros Hornu” i noszenia żółtej chusty na lewym ramieniu.

 

Kapitan s/y Bona Terra

Waldemar Waszczyk

GALERIA: