Spotkanie żeglarskie „Ustka 2015”

Spotkanie żeglarskie „Ustka 2015”

Drodzy Przyjaciele,Zjazd 1

Tak już jest, że co pewien czas żeglarze muszą się spotkać, żeby omówić parę spraw, wspomnieć byłe rejsy i pomyśleć o następnym sezonie. Nie ma lepszej okazji, aby na chwilę oderwać się od naszych codziennych obowiązków i poświęcić czas starym druhom. Poza tym należy kultywować tradycję. Ta jest zupełnie młoda, zainicjowana dwa lata temu przez Marka, niech trwa. Zabieramy żony i mężów, dlatego nikt nie podpadnie, zacieśnimy więzy i podtrzymamy stosunki.

Już dzisiaj zarezerwujcie czas wolny 28 i 29 listopada 2015. Wiem, że chcielibyście się spotkać w najbliższy weekend ale wytrwajcie proszę te dwa miesiące. Ponieważ dla większości z Was będzie to impreza wyjazdowa, dlatego spotykamy się w sobotę i zostajemy do niedzieli, aby jeszcze raz, przy śniadaniu nacieszyć się swoją obecnością.

Zatem zapraszamy  🙂    Chcielibyśmy aby spotkanie było spontaniczne i swobodne, może nawet żeby wymknęło się spod kontroli. Paradoksalnie to jest plan, żeby jednak nie zdominował nas chaos, mamy na wszelki wypadek program imprezy:    Spotykamy się w sobotę 28.11.2015 o godzinie 17.00 w Ustce. Tawerna Portowa jest przy basenie portowym.

W programie:

  • Powitanie,
  • Toasty,
  • Tańce,
  • Kluby dyskusyjne
  • Prezentacje Waszych zdjęć (prośba aby każdy przywiózł nie więcej niż 10 zdjęć i spośród nich wybrał 3 które wezmą udział w konkursie na najlepszą fotę imprezy) Będzie to również materiał, który chcielibyśmy wykorzystać na potrzeby strony internetowej Hetmana).
  • Prezentacja strony Klub Morski Hetman.
  • Zebranie propozycji dalszych rejsów

W ciągu trwania spotkania będzie nam przygrywał Janusz, nie znacie go jeszcze, ale na pewno zapamiętacie.  Nocleg w Willi Gold Ustka, ul. Beniowskiego 7. Koje 2,3,4,6 osobowe z kingstonem.  Wszelkie pytania i rezerwacje noclegów należy kierować do Pawła M.

Z żeglarskim pozdrowieniem.     Paweł & Piotr

 

 

 

 

 

WSPOMNIEŃ NIKT NIE MOŻE NAM ODEBRAĆ !!!

WSPOMNIEŃ NIKT NIE MOŻE NAM ODEBRAĆ !!!

 

W imieniu wszystkich, co nie żałują tego co było i nie boją się tego co będzie, dziękuje Heniowi za reaktywację naszej klubowej strony.

Proszę o aktywność, czekam na fotki z rejsów od 2009 roku. (wirusik wyczyścił mi komputer i bez waszej pomocy stronka umrze). Zdjęcia z Kalmaru, Kłajpedy, Gotlandu, Leningradu, Bornholmu oraz z innych rejsów na wodach słodkich i zasolonych. Wiem, że pływaliście po śródziemnym, po morzach północnych, zalewie wiślanym i po szuwarach. Każdy rejs jest godny odnotowania, w którym uczestniczą nasi klubowicze. Bracia i siostry o hetmańskich korzeniach, podzielcie się wspomnieniami, piszcie  i publikujcie na naszej stronie. Nasze żeglarskie spotkania i spływy kajakowe są również godne odnotowania.

Pozostając w szacunku dla Posejdona.    Waldemar.

Wojtek – żeglarz polarny.  Morze Arktyczne 15.07 – 05.08  2010r.

Wojtek – żeglarz polarny. Morze Arktyczne 15.07 – 05.08 2010r.

Z pamiętnika Wojtka Pasiecznego.
Na pokładzie śpiew załogi:

Jesteśmy żeglarze, dzielni żeglarze,12

osmalone wiatrem mamy twarze.

Trzy warstwy polarów, łapawice,

nie straszne nam sztormy, burze nawałnice.

Istotnie, nie są nam straszne sztormy, burze nawałnice, gdy płynie się pod czujnym okiem NASZEGO KAPITANA Waldemara Waszczyka, w załodze przez Niego dobranej.

Gdy znajomi i koledzy pytali mnie, dokąd płynę w tym roku, dumnie odpowiadałem na Spitzbergen i pod Biegun Północny. Gdy pytali, po co latem pchać się w zimno, odpowiadałem, aby zrealizować kolejne żeglarskie marzenie, sprzed 3 lat. Dwa razy opłynąłem przylądek Horn. Byłem na Antarktydzie, dwa razy na Grenlandii i to nie tam, gdzie wszyscy pływają, ale w Scoresbisudzie w Itoquortomittu, podziwiałem przepiękne góry lodowe i chciałem zobaczyć najdalej na północ wysunięty pomnik Lenina.

A zaczęło się tak;

Jest marzec 2007 roku. Na spotkaniu Bractwa Kaphornowców przez przypadek siedzę przy stole w pobliżu nieznanego mi mężczyzny, który opowiada, że organizuje rejs na Antarktydę.

III NAGRODA HONOROWA Telewizji Polskiej "REJS ROKU 2008", za niezwykle trudny rejs po wodach Oceanu Południowego.
III NAGRODA HONOROWA Telewizji Polskiej „REJS ROKU 2008”, za niezwykle trudny rejs po wodach Oceanu Południowego.

Tak się poznaliśmy. To był właśnie kapitan Waldemar Waszczyk. Mimo, że mnie nie znał, po zapoznaniu się z moim żeglarskim stażem, zabrał mnie do załogi. W styczniu 2008 r. już po opłynięciu na s/y Bona Terra Przylądka Horn i pobycie na stacji PAN im. Arctowskiego na Antarktydzie, gdy świętowaliśmy zakończenie rejsu, udało mi się zaszczepić u Kapitana myśl o rejsie na Spitzbergen. To było moje niespełnione marzenie od 2007 roku.

 

 

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

Po licznych przygotowaniach i zaangażowaniu wielu osób, 15 lipca 2010 r. 16 osób załogi spotykało się na jachcie s/y Gedania w Tromso (Norwegia). Oprócz nas, jest jeszcze Wojtek – bosman, stały członek załogi. Po zamustrowaniu załogi i zaształowaniu stosu żywności przywiezionej z Polski, 16 lipca po uzupełnieniu zapasu wody ruszamy na północ. Cel – Spitzbergen i jak najbliżej Bieguna Północnego.

Rejs przebiega w zmiennych warunkach pogodowych. Początek rejsu i jest PREZES, który jako pierwszy oddaje zawartość żołądka do oceanu. Robi to z uśmiechem na twarzy, po czym wraca do kambuza – ma właśnie wachtę kambuzową. To Jacek – neofita, do tej pory pływał tylko wielkimi wycieczkowcami, na który my żeglarze patrzymy z lekką pogardą. Co to za przyjemność pływać szyć, co się nie buja na falach. Stewardzi serwują 4 posiłki dziennie, do tego różne napitki. Czysta pościel w koi, prysznic, ile dusza zapragnie. Nie lepiej tydzień, dwa bez prysznica, za który służą dziecięce chusteczki, a fala zalewa pokład i kokpit i jedynym marzeniem jest, aby po wachcie śpiwór był suchy, wślizgnąć się do niego i przespać kilak godzin bez podrywania jako podwachta. Następnego dnia, przy słonecznej pogodzie, Kapitan przyjmuje go do grona braci żeglarskiej, wręcza czekoladę i dyplom ORNITOLOGA ZIMNYCH MÓRZ PÓŁNOCY z dopiskiem „Żeglarzu nie męcz pawia, puść ptaka”. Jacek nie wie, co go jeszcze czeka, a już wkrótce, przy pierwszym sztormie choruje okrutnie. Coś nawet mówi o śmierci i ewentualnym oddaniu treści żołądka do moich wysokich i potężnych butów żeglarskich, specjalnie szytych na wyprawę na Antarktydę. DLA ratowania butów spiesznie niosę mu wiadro. Tak spiesznie, że pośliznąłem się na schodach i golenią lewej dolnej kończyny uderzam się boleśnie. Boli okrutnie. Obmacuję nogę – chyba cała. Zimny okład i opatrunek żelowy Jarka uśmierza ból. Na szczęście dzień następny przynosi osłabienie siły wiatru i Jacek znowu jest w dobrej kondycji i buszuje w kambuzie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Kiedy noc nadchodzi, noc nadchodzi,

Słońce dalej świeci, nie zachodzi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Zaoczymy Svalbrad, białe misie młode.

 

08Płyniemy, dalej. Słońce nie zachodzi, nie ma nocy. Stajemy w dryfie przy Wyspie Niedźwiedziej, łowimy dorsze i dalej w drogę. Jest coraz chłodniej. Przez telefon satelitarny łączę się z krajem. Powiadają, że w Warszawie potężne upały, 36 stopni C. Odpowiadam, że u nas też 36 stopni, tyle że Fahrenheita. Na szczęście na s/y Gedanii steruje się w zabudowanym mostku, a nie w kokpicie, więc jest całkiem ciepło i miło – od 10 do kilkunastu stopni C.

Kiedy nasza wachta, wachta nadchodzi,

wkładam ciepłe gacie, zimno mi nie grozi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Zaoczymy Svalbrad, białe misie młode.

 

Z tym ciepłem to trochę przesadzam. Jako największy zmarzlak na pokładzie, mam na sobie dwie pary kalesonów, w tym jedne Małachowskiego (ale cieplutkie) i spodnie polarowe. Czasami coś jeszcze. Od pasa w górę mam dwie koszulki termoaktywne (w tym jedna Małachowskiego), cienki polar, sweter z windstoperem i gruby polar, czasami coś jeszcze. Jest mi ciepło.

04

20 lipca wpływamy do Hornsundu. Stajemy na kotwicy i przez radio Kapitan łączy się z Polską Stacją Polarną. Nie możemy zejść na ląd, ponieważ znaleziono rannego misia, więc przylatują Norwegowie prowadzić śledztwo. Słyszymy rozmowę przez radiostację.

Ruszamy więc dalej i 21 lipca cumujemy przy pomoście w Longyearbyen. Kapitan załatwia resztę formalności u Gubernatora, pożycza starego poniemieckiego mauzera i ruszamy dalej w stronę Bieguna Północnego. Naszej wyprawie towarzyszą delfiny, wieloryby, morsy i maskonury. W dobrych nastrojach przekraczamy 80 równoleżnik. To już jest coś. Skończyła się mapa cyfrowa. Teraz płyniemy tylko na papierowej. A gdyby tak udało się popłynąć za 81?. 00Niestety docieramy do szerokości geograficznej 80 stopni 41 minut, do zwartego paku lodowego. Dalej nawet kajak by się nie prześlizgnął. Artur z masztu robi zdjęcie Gedanii przy lodzie. Ma założony obiektyw „rybie oko” i teraz widać, że Ziemia naprawdę jest okrągła. Jest oczywiście toast za osiągnięcie i w tył na lewo w drogę powrotną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPodczas tego rejsu odwiedzamy Ny Alesund, gdzie dwa renifery prawie jadły nam z ręki, Barentsburg i Pyramiden – dwie rosyjskie osady górnicze. Pierwsza jeszcze pracuje, druga opuszczona, a w niej tylko 8 Rosjan. W dalszej kolejności Longyearbyen i Polską Stację Arktyczną.

Obie miejscowości rosyjskie robią przygnębiające wrażenie. Tutaj czas zatrzymał się na latach 50-tych. Są również pomniki Lenina. Najdalej na północ wysunięty pomnik Lenina i gwiazda wysoko w górze na skale z napisem Miru Mir. W Pyramiden na zdewastowanym fortepianie gram koncert – koncert na najdalej na północ znajdującym się fortepianie. Podpływamy też pod czoła kilku lodowców, desant pontonowy pobiera próbki wody i osadu dla naszych naukowców.

 

09Nasza stacja polarna jest niezwykle skromna, ale ma wszystko co jest potrzebne do funkcjonowania, nawet własną oczyszczalnię ścieków. Kierownik stacji organizuje nam wycieczkę na pobliski lodowiec oraz w okolice stacji. Lodowiec robi niesamowite wrażenie. Pełno w nim szczelin. A tuż nad wodą jaskinia, okrzyknięta mianem tawerny. Na przylądku Wilczka podziwiamy krzyż i domek policjanta. Dawniej, w strasznej ciasnocie, w prymitywnych warunkach norweski policjant strzegł Spitzbergenu przed zakusami komunizmu.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Po krótkiej wizycie w dalszą drogę. Ponieważ wieje dobrze, a mamy jeszcze czas, Kapitan kieruje jacht kursem na wschód w celu opłynięcia Nordakappu. Przylądek mijamy lewą burtą i cumujemy w Honingswag.

I niech ktoś powie, że pieniążek rzucony za siebie nie sprawia, że wraca się w to samo miejsce. W lutym 2009 roku samochodami dojechałem na Nordkapp (był też Jacek, Artur, Jurek i Kapitan). W czerwcu tego roku na s/y Panorama opłynąłem Nordkapp. Byłem na przylądku i tam wrzuciłem za siebie pieniążek (nie pamiętam czy polski, czy norweski) i w sierpniu tego roku ponownie byłem w tym samym miejscu.

Po drodze do Tromso namawiam Kapitana, aby zboczyć w miejsce, gdzie na skałach leży Murmańsk – pancernik rosyjski. To ostatnia chwila, wokół sypią groblę, zrobią suchy dok i pancernik zostanie pocięty. Kapitan wyraża zgodę i oglądamy marny koniec radzieckiego olbrzyma.

Rejs kończymy w Tromso.

Przepłynęliśmy ponad 2000 Mn. 355 godzin żeglugi i spełniło się moje kolejne żeglarskie marzenie, to sprzed 3 lat. Byłem na Spitzbergenie, odwiedziłem wszystkie miasta o jakich marzyłem, widziałem (i słyszałem) cielące się lodowce, tylko nie zaoczyłem białego misia polarnego.

W naszej załodze była jedna kobieta – Daria. Wspaniała żeglarka. Znakomicie znosiła trud przebywania pomiędzy 16 mężczyznami w różnym wieku, niektórzy śpiewali nawet:

10Kiedy dzień nadchodzi, dzień nadchodzi,

nowa trasa w głowach nam się rodzi,

Płyniemy na północ po przygodę,

Jak rejs dłużej potrwa, to Darię uwiodę.

 

I jak w piosence, w głowach zrodziły się nam plany nowych wypraw, znowu w zimne tereny, w potężny mróz z kilkuset kilometrową wyprawą skuterami śnieżnymi. Czy się uda – oczywiście, że tak. Marzenia się spełniają, tylko trzeba bardzo chcieć.

 

 

(słowa do piosenki Jesteśmy jagódki)

Wojtek Pasieczny.

 

Marzenia się spełniają – PASJE – Wojciech Pasieczny

Marzenia się spełniają – PASJE – Wojciech Pasieczny

 

Marzenia się spełniają

PASJE – Wojciech Pasieczny – żeglarz

Wojtek Pas

Młodszy inspektor Wojciech Pasieczny, radca w wydziale ruchu drogowego stołecznej komendy, jest zapalonym żeglarzem. Każdy urlop, każdą wolną chwilę spędza na jachcie. Nieraz zdarzyło mu się zaraz po pracy jechać nad zalew, żeby trochę pożeglować, a następnego dnia prosto z łódki wrócić do komendy.

Siedzimy przy stole, laptop otwarty, oglądamy zdjęcia. Ocean. Potężne spienione fale. Trzy wieloryby, towarzysze podróży. Pióropusze wody. Upragniony przylądek Horn. A dalej: olbrzymie bloki skalne, foki na krze, tysiące pingwinów na Antarktydzie, tęcza nad górą lodową, wschód księżyca w Chile…

 

– Nie warto dla czegoś takiego pojechać? Zmarznąć nawet, nie dojeść czasami, nie dospać? – pyta znienacka Wojciech Pasieczny, a ze wzruszenia błyszczą mu oczy.

A co na to żona?
– Żona zna moje pasje i podchodzi do nich ze zrozumieniem mówi Wojciech Pasieczny. -Też pływa. Osiem lat temu byliśmy razem w rejsie po Bałtyku. Tak się zaczęło morskie żeglowanie. Teraz pływam sam, a żona pozwala mi na wojaże ekstremalne i długotrwale.

Tak było ostatnio, gdy na początku 2008 roku Wojciech Pasieczny wybrał się w rejs na Antarktydę, i w sierpniu 2007, gdy ze starszym synem popłynęli na Grenlandię, i wcześniej, w 2004 roku, gdy po raz pierwszy opłynął przylądek Horn. Teraz marzą mu się Spitsbergen i Przylądek Dobrej Nadziei. A za kilkanaście lat rejs dookoła świata. Już zaczął namawiać żonę, żeby zbudowali własny jacht morski i popłynęli w taką podróż.

W SZTORMIE.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

0 Antarktydzie Wojciech Pasieczny marzył od dawna. W grudniu 2006 r. na łamach „Policji 997″ mówił, że chciałby dostać od Mikołaja miesięczny rejs na biegun południowy. Minął rok i wreszcie się udało.  – Rejs co prawda nie był miesięczny, ale był na Antarktydę – śmieje się Wojciech Pasieczny.
Zdecydował przypadek. Będąc na spotkaniu kaphornowców, usłyszał, jak ktoś opowiada, że organizuje taką wyprawę. Od razu zapaliła mu się czerwona lampka. Przystanął, z uwagą chłonął każde słowo i czekał, żeby przerwać. Wreszcie, gdy mężczyzna brał oddech, Wojciech Pasieczny wtrącił się z pytaniem:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

– A jest jeszcze miejsce na pokładzie?
– Nie. Tu trzeba doświadczonych żeglarzy -usłyszał.
Dopiero, gdy mężczyzna zobaczył na ramieniu Pasiecznego żółtą chustę, znak, że opłynął Horn, dodał: – Dobra, przyślij mi swoje dane. Kilka dni później Wojciech Pasieczny dostał maiła: Jesteś w załodze. Z ośmioosobowej grupy nie znał nikogo, prócz kapitana, czyli owego mężczyzny, z którym rozmawiał kilka minut. Na pokładzie, ze względu na duże doświadczenie, został pierwszym oficerem.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyprawę rozpoczęli 30 grudnia 2007 roku. Plan był taki: 3 stycznia wyruszają z Ushuaia, portu w Argentynie, płyną do Portu Williams w Chile, gdzie dostają zgodę na wypłynięcie na przylądek Horn, opływają go i płyną dalej w stronę Antarktydy.
– Niestety, silny wiatr i prądy wywiały nas na wschód i nie daliśmy rady zdobyć Hornu. Postanowiliśmy płynąć na stację badawczą Arctowskiego, a Horn zostawić na drogę powrotną – opowiada Wojciech Pasieczny.

Trzy wieloryby pływały w okół ich jachtu, co chwilę wypuszczając w powietrze fontannę wody. Ocean był niezwykle spokojny. Powinno wiać 100 km/h, a tymczasem była kompletna cisza

OLYMPUS DIGITAL CAMERA– Ponieważ wiatr nie wiat przez dobę, a nam się spieszyło, jest taki zwyczaj, że się daje Neptunowi jakiś prezent – mówi Wojciech Pasieczny. – Wrzuciłem majtki i dwie pary skarpet. I widocznie były za brudne, bo Neptun się zdenerwował i mieliśmy dwie doby sztormu.

Nie było łatwo.  Fala robiła z nimi, co chciała. Rzucało na wszystkie strony. A Pasiecznemu chodziły po głowie głupie myśli: a jeśli wiatr przewróci jacht? Czy jacht wstanie, czy nie? Przy dobrej konstrukcji powinien wstać, ale jeśli coś jest nie tak? Przypinać się, pociągnie na dno… nie przypinać się… i tak zamarznę… właściwie to bez sensu. Na szczęście po dwóch dniach sztorm ustał

PINGWIN POLICJANT15_pingwin_policjant

Na stacji Arctowskiego byli niecałą dobę. Jeden z polarników wypłynął po nich pontonem, a na brzegu przywitały ich pingwiny. Wtedy jeszcze Wojciech Pasieczny nie miał pojęcia, że jeden z nich to policjant. – Na stacji Arctowskiego mówią, że ten gatunek nazywa się policjanty – uściśla Wojciech Pasieczny. Kierownik stacji pokazał mu średniej wielkości pingwina z charakterystycznym policyjnym paskiem. Oprócz niego na Antarktydzie żyje pingwin białobrewy i Adeli. Wojciech Pasieczny podchodził do ich lęgowisk na odległość trzech metrów. Nie uciekały.

 

– Mieliśmy przepustkę i mogliśmy dojść do nich od drugiej strony. Normalnie, ponieważ jest to rezerwat, wycieczki chodzą tylko wytyczoną trasą –

opowiada Wojciech Pasieczny i pokazuje zdjęcia. Kolonie pingwinów, foki, lwy morskie. Dalej ułożony na lądzie kręgosłup wieloryba i tablica, z której wynika, że do Warszawy jest 13 473 km.

Na przystankuWidać latarnię morską, żółte budynki, grób Puchalskiego. I dwa ptaki, Kazik i Kaśka, które żyją na stacji od 30 lat. Są zadomowione i oswojone, ale i bardzo psotne. Gdy któryś z pracowników wychodzi z budynku, bezszelestnie nad nim lecą, porywają czapkę z głowy i odlatują kilka metrów dalej. Po chwili kładą czapkę na ziemi przed właścicielem i czekają, czy dostaną coś do jedzenia. Jeśli nie, zabierają fant i lecą dalej.

 

– Przez cały nasz pobyt tam byty cztery stopnie na plusie. Trafiliśmy idealnie w oczko pogodowe, bo dzień wcześniej byt potężny sztorm, a jak wypływaliśmy, też nas uprzedzali, że będzie bardzo silnie wiało. Musieliśmy się spieszyć, żeby się zmieścić w tej przerwie –opowiada Wojciech Pasieczny.plaza_zatoka_admiralicji
W drodze powrotnej, tak jak poprzednio, podziwiali góry lodowe. W którymś momencie szli nawet taką. aleją – oni w środku, a po prawej i lewej stronie lodowe olbrzymy.Góry lodowe

 

GRENLANDIA

– Ale to i tak nic w porównaniu z górami na Grenlandii. Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałem. A jakie kształty przybierają… coś niesamowitego – wspomina Wojciech Pasieczny. Plan byt taki, że zejdą na ląd. Kapitan kilka lat przygotowywał się do tej wyprawy. Studiował prognozy, mapy. Wybrał sierpień, wtedy miało nie być lodu. Tak też pokazywały zdjęcia satelitarne. Niestety, lód zaczął się 80 mil wcześniej, całą dobę lawirowali między górami. Do lądu zabrakło im dwóch kilometrów. Weszliby, gdyby była tafla, ale lód był popękany. Nie ryzykowali. Zdecydowali, że wracają.

– Dopiero jak wychodziliśmy, było trudno, bo zawiało nam wejście lodem. Kapitan wszedł na maszt i przez lornetkę wypatrywał kawałka przejścia. Trzeba było uważać, żeby się nie ocierać o góry lodowe, żeby jachtu nie rozpruć – opowiada policjant.

000Zdjęcie tęczy nad górą lodową to właśnie stamtąd. Cudowny widok. Widok, dla którego warto… Wtedy już wracali, byli zmarznięci i głodni. Skończyło im się jedzenie i od jakiegoś czasu jedli przeterminowane zupki i dwuletni pumpernikiel.

– Skończyło się jedzenie? – pytam z niedowierzaniem.
– No, a ile by pani kupiła chleba na co najmniej siedem dni dla sześciu osób, w tym pięciu chłopa? Dziewczyna, która robiła zaprowiantowanie, cztery bochenki kupiła. No to zabrakło – mówi Wojciech Pasieczny.

 

HORN ZDOBYTY

Ten drugi Horn zdobyli o 4:28. Ciemno było. I nie obyło się bez problemów. Na początku wiało dobrze, ale potem zachodni wiatr wypchnął ich poza Horn. No, nie da rady, myśleli. Rozpacz. Być tak blisko i nic? I wtedy stał się cud. Wojciech Pasieczny pamięta, że zszedł z wachty i leżał w koi, było po 14:00. I nagle silne walnięcie wiatru i momentalnie cisza. Nie wiedzieli, co się dzieje, wiatr stanął, czekali. Za chwilę zmienił się kierunek, wiatr południowy. Mogli płynąć szybciutko w stronę Hornu.   – Jak okazało się, że będziemy tam za wcześnie i nic nie będzie widać, to specjalnie z kolegą zwalnialiśmy i opóźnialiśmy. Ale właściciel jachtu się awanturował i poganiał, żeby szybciej i szybciej. Bał się, że znów się niekorzystny wiatr zerwie i przyjdzie sztorm, bo tam dosłownie w ciągu dziesięciu minut robi się piekło – mówi Wojciech Pasieczny.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Nie udało im się podejść za dnia, byli za to bardzo blisko, kilkaset metrów od celu. O 4:28 chwilę postali w dryfie, w tle majaczył niewyraźnie upragniony Horn.  Przyszedł czas na szybkie świętowanie i na chrzest.  A wyglądało to tak: każdy łyknął trochę whisky, a resztę wylał do morza dla Neptuna. Każdy też dostał od kapitana szczotką w tyłek – taki jest zwyczaj. A na koniec, żeby tradycji stało się zadość, kapitan przekazał Pasiecznemu swoją starą kapitańską czapkę, z którą przepłynął kawał świata, a Wojciech Pasieczny tę czapkę wyrzucił do morza.
– To taki zwyczaj. Jak „Dar Młodzieży” pierwszy raz opłynął przylądek Horn, kapitan dał pierwszemu oficerowi swoje stare wysłużone buty i pierwszy oficer wrzucił je do morza – opowiada Wojciech Pasieczny.  OLYMPUS DIGITAL CAMERA  Oczywiście zgodnie ze zwyczajem powiesili też na bomie dzwon okrętowy i wybili dziesięć szklanek. Radość była ogromna.

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień później, czyli 18 stycznia, dokładnie w swoje 52 urodziny, Wojciech Pasieczny siedział w tawernie w Porcie Williams i wpisywał się do pamiątkowej księgi. Jeden jego wpis już tam byt. Z 6 marca 2004 roku, gdy pierwszy raz opłynął przylądek Horn. Wojciech Pasieczny napisał wtedy: „Pierwszy polski policjant na Hornie. Marzenia się spełniają”. Z tamtej wyprawy najcenniejsze zdjęcie przedstawia Pasiecznego na tle przylądka Horn. Wiało wtedy 11 w skali Beauforta, wszystko przemoczone, cały czas zalewała ich fala. Koleżanka nieźle się natrudziła, żeby złapać w kadrze i żeglarza, i Horn. Z tawerny w Porcie Williams Wojciech Pasieczny zadzwonił szczęśliwy do żony:
– Słuchaj, udało się, opłynęliśmy, ale znowu ze wschodu na zachód. Wciąż brakuje z zachodu na wschód…

– No, no – przerwała mu groźnie małżonka.   Bo trzeciego razu już nie będzie. Obiecał sobie i jej. Żeby nie kusić losu. Dwa razy wystarczy.
Autor:  Anna Krawczyńska     –   Zdjęcia:  archiwum Wojciecha Pasiecznego

 

 

 

Sails on Antarctica 2007/2008.    S/Y BONA TERRA

Sails on Antarctica 2007/2008. S/Y BONA TERRA

Wyprawa żeglarska  „Sails on Antarctica 2007/2008”

sails-on-antarctica

Tam spotykają się wszystkie południki, kompasy wariują, słońce nie zachodzi i nie wschodzi w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a reguły codziennego życia nie działają. Tam jest zamrożony w czasie i lodzie ląd, jedyne niezamieszkane miejsce na Ziemi – Antarktyda. Gdzieś tam, na koniec świata, popłyną żeglarze na czternastometrowym jachcie pod polską banderą.

NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE

(żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest)

 

Wśród załogi HETMANA, po żegludze w sztormach i szczęśliwych powrotach, zapadła decyzja o współuczestnictwie w wyprawie na najniebezpieczniejsze wody świata. Są już gotowi, 30 grudnia 2007 r. udadzą się samolotem na koniec świata, do Ziemi Ognistej. Na niegościnny ląd, gdzie wiatr i śnieżyce hartują dusze ludzi, aż staną się ostre i twarde jak sople lodu. Na BONA TERRA zamustrują w Ushuaia, miejscu o mrocznej sławie, gdzie krwawe ślady znaczyły szlaki ucieczek więźniów z tamtejszego więzienia. Dzisiaj Ushuaia jest bardzo ważnym, wręcz kultowym miejscem dla żeglarzy z wszystkich kontynentów.

 

Rzucą cumy i przyjmą kurs wokół Przylądka Horn, owianego mgłą tragedii wzgórza, wystającego pionowo i dumnie ze wzburzonych fal w miejscu, gdzie spotykają się wody napawające lękiem, ponure i ciemne. To magiczne miejsce jest niemym świadkiem zatonięcia blisko dwóch tysięcy statków i żaglowców. Marynarze spod wszystkich szerokości geograficznych przysięgają, że właśnie tam jest przykuty do dna łańcuchami kotwicznymi diabeł. Następnie pokonają szeroką na 1110 km i głęboką na 5000 m Cieśninę Drake’a, odkrytą przez słynnego szesnastowiecznego korsarza i dopłyną w rejon Półwyspu Antarktycznego. Tam odwiedzą Polską Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego. Zatoka Admiralicji o powierzchni 122 km 2 i głębokości 500 m. Na początku XX wieku była bazą wielorybników, od 1966 roku ma status Specjalnego Terenu Arktycznego. Na skalistych wybrzeżach pochodzenia wulkanicznego tłoczą się uchatki i pingwiny, a na plażach słonie morskie gotowe na spotkanie z naszymi żeglarzami. Są to: Grzegorz Lemka – prawnik z Gdańska. Cyryl Kotyla – wykładowca na Uniwersytecie Gdańskim. Piotr Mackiewicz – geodeta, geograf, pracownik magistratu w Słupsku. Jerzy Czartoryski – himalaista i miłośnik sportów ekstremalnych.. Aleksander Deptuła – adwokat z Gdyni. Wojtek Pasieczny – inspektor stołecznej drogówki, trzy lata temu opłynął Horn, w tym roku był w rejsie na Grenlandię.

 

Rejs Fundacji Morskiej Hetman, która jest współorganizatorem „Sails on Antarctica 2007/2008” , z załogą sprawdzoną w sztormach na pokładzie HETMANA poprowadzi kapitan jachtowy Waldemar Waszczyk.

25 stycznia 2008 roku powracającą załogę Fundacji Morskiej Hetman z antarktycznej wyprawy powitali żeglarze i rodziny na lotnisku w Gdańsku.

powitanie

 

Byli na Antarktydzie i opłynęli Przylądek Horn na s/y Bona Terra. Zamustrowali 2 stycznia 2008 roku w porcie Ushuaja w Argentynie. Cieśniną Beagle popłynęli do Puerto Wiliams w Chile, skąd wyruszono kursem na południe. Pozostało do nieprzejednanego przylądka około 30 mil morskich, gdy wiatr wzrósł do 9° w skali Beauforta. Załoga była bezsilna walcząc z przeciwnym wiatrem i prądem. W tej sytuacji kapitan podjął decyzję o skierowaniu jachtu kursem na Antarktydę, z zamiarem opłynięcia Hornu w drodze powrotnej.

w_sztormie

 

Do Szetlandów Południowych zostało tylko 50 mil, gdy kolejny sztorm, odrzucił jacht kilkadziesiąt mil na zachód. Po sztormie nastąpiła cisza i załoga mogła dalej kontynuować rejs omijając góry lodowe. W towarzystwie wielorybów, albatrosów, a później fok i pingwinów nastąpiło podejście do Cieśniny Nelsona. Walcząc z prądem do 6 węzłów, załoga jachtu Bona Terra pokonała zdradliwą cieśninę w południe 10 stycznia. Tego też dnia o godzinie 2100 zakotwiczono w Zatoce Admiralicji.

 

ponton_z_arctowskiego

Na załogę czekał ponton wysłany przez Mikołaja Golachowskiego, dyrektora 32 Polskiej Antarktycznej Ekspedycji. Prysznic i tradycyjne ciepłe polskie przyjęcie. Rano 11 stycznia śniadanie w Stacji Polarnej Henryka Arctowskiego i wyjście na lodowiec, na spotkanie z pingwinami i fokami.

 

plaza_zatoka_admiralicji

W drodze powrotnej silne wiatry z kierunków zachodnich skutecznie odrzucały jacht od południka wyznaczającego trawers Przylądka Horn. 16 stycznia jacht Bona Terra był już tylko 20 mil od Hornu, lecz silny sztormowy zachodni wiatr i prąd oceaniczny skutecznie odrzuciły żeglarzy od nieprzejednanego przylądka. Król wszech mórz i oceanów NEPTUN poddał próbie dzielności żeglarzy na najniebezpieczniejszych wodach świata. Widząc, że załoga strach ogromny przed morskim żywiołem pokonała, uspokoił ocean. 17 stycznia o godzinie 0428 czasu lokalnego (0628 UTC) na prawym trawersie załoga jachtu Bona Terra w odległości 8 kabli minęła latarnię Cabo De Hornos. Opłynięcie Przylądka Horn załoga celebrowała zgodnie z tradycją morską, kapitan wręczył swoją żeglarską czapkę , z którą przepłynął wiele tysięcy mil po morzach i oceanach, pierwszemu oficerowi. Ten wyrzucił ją za burtę nawietrzną ofiarując Neptunowi. Jacht powrócił do Puerto Wiliams, załoga uczciła opłynięcie Hornu w słynnej żeglarskiej tawernie.

 

19 stycznia w Ushuaia zmustrowano załogę zdrową i szczęśliwą. To był trudny rejs. Przebyto 1425 Mm, 341 godzin w morzu. Ilość godzin żeglugi przy wietrze o sile powyżej 6° B – 102, w tym 40 godzin powyżej 8° B. Rejs przebiegł bez awarii i wypadków morskich.

kaphornowcy

 

W dniu 7 marca odbyło się coroczne spotkanie Bractwa Kaphornowców w Gdańsku. Grotmaszt Bractwa Kaphornowców, Admirał Czesław Dyrcz przyjął ślubowanie od załogi Fundacji Morskiej Hetman , zdobywców Przylądka Horn. Zostali braćmi Bractwa, został im nadany przywilej używania przydanego imienia „Albatros Hornu” i noszenia żółtej chusty na lewym ramieniu.

 

Kapitan s/y Bona Terra

Waldemar Waszczyk

GALERIA:

O nas

  NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE

(żeglowanie jest koniecznością, życie nią nie jest)

O nas

LOOGO,logo Klub morski zrzeszający ludzi, których pasją jest wspólne żeglarstwo,

te rodzinne i te pełne wyzwań.

O nas

Choć mieszkamy daleko, zawsze chętnie spotykamy się na wspaniałych wspólnych rejsach,

a po ich zakończeniu już snujemy plany na następne morskie wyprawy.